Benefis, czyli dziesięciolatka – Odcinek 2

Jak już czytelnik miał okazję się dowiedzieć w poprzednim odcinku próby nauczenia mnie latać na paralotni w wykonaniu znajomego księdza szybko zakończyły się niepowodzeniem. Niezależnie od tego zorientowałem się, że jednak posiadanie własnych uprawień do latania jest elementem niezbędnym i instruktora nie uniknę. Obecnie dla niektórych może wydawać się dziwne, że w ogóle rozważałem latanie ‚na krzywy ryj’ ale trzeba pamiętać o dwóch rzeczy:

  1. Podkarpacie
  2. Początek lat 2010tych.

W tamtych czasach nie miałem zbyt wielkiego manewru jeżeli chodzi o wybór szkół latania. Na Podkarpaciu w 2011 roku działało w sumie trzech instruktorów: Wacek Kuzło (który niedługo potem zakończył działalność szkoleniową), Bogusław „Peciu” Pelczar i Paweł „Grzybek” Grzybowski działający pod marką Parastyle. Patrząc dalej na zachód przed Krakowem nie było już absolutnie nic a para-wakację w Miedzybrodziu Żywieckim były by dla mnie (jak mi się źle wydawało) za drogie.

Z Pawłem Grzybowskim byłem już prawie dogadany. Wybrałem go ze względu na jego ładną i nowoczesną stronę internetową. Nie znałem nikogo i ciężko było mi decydować, dlatego zadecydował marketing. O Peciu i Wacku Kuzło wiedziałem tylko tyle, że takie osoby istnieją i nic poza tym. W internecie nie było zbyt wiele na ich temat a o ile o Grzybku można powiedzieć wiele, to na pewno to, że marketing ma rozbudowany

I…….. I tu znowu pojawia się mój znajomy latający ksiądz.

Gdyby mnie nie podkusiło pochwalić się moim wyborem ścieżki paralotniowej, to pewnie zrobił bym kwity u tego Grzybka i było by wsio parada. A tak to wyszło jak zwykle, czyli do dupy. Gdy tylko znajomy (a w zasadzie znajomi, bo tyczyło się tez tego drugiego) dowiedział się, że chcę szkolić się w Polsce zaczęła się długa litania żali pod adresem polskich szkół. Tu akurat nie miało kompletnie znaczenia to, że są księżmi. Mieli też pewne ‚srogie przeboje’ z pewnym instruktorem działającym w rejonie Beskidu Wyspowego. Nigdy się nie dowiedziałem jak się nazywał, wiedziałem tylko że już wtedy nie szkolił.

Tym nie mniej jednak rozciąganie problemów na absolutnie wszystkie szkoły w Polsce zakończyło się tym kukułczym jajem

Zrób sobie kurs na Słowacji u Stefana Vypariny. My u niego byliśmy, ty pojedziesz i będziesz latał.

I tu kolejne wyjaśnienie dla młodzieży. Teraz w zasadzie ta kwestia nie istnieje, ponieważ w zasadzie wszyscy robią kursy w Polsce. Kiedyś tak jednak nie było. Przede wszystkim w dawnych czasach (zanim jeszcze zainteresowałem się paralotniami) do uzyskania Świadectwa Kwalifikacji potrzebne było ukończenie wszystkich trzech etapów szkolenia paralotniowego. Jak wiadomo w zasadzie nigdy i nigdzie w Polsce nie dało się w praktyczny sposób zrealizować etapu trzeciego, dlatego w większości przypadków III etap był realizowany za granicą.

Cały ten ‚problem’ był sztucznie wytworzony i istniał tylko w głowach kursantów. Początkujący adepci latania nie rozumieli, że w praktyce i tak będą musieli często jeździć czy to Bassano czy do doliny Soczy ze względu na kapryśną polską pogodę. Poza kwestiami finansowymi nie było żadnych praktycznych przeciwskazań. Ludzie chcieli mieć jednak tanio papier w ręku stąd pojawił się rynek w Czechach i na Słowacji. Rynek korzystał też z różnic walutowych oraz braków na lokalnym rynku. Do momentu wprowadzenia na Słowacji Euro lokalni instruktorzy nie mieli nawet startu. Kursy walut były takie, że Stefan Vyparina zarabiał dobrze na kursach a z perspektywy Polaka i tak były one tańsze niż w Polsce.

Wracając do mnie…

Pierwszy raz Stefana Vyparinę spotkałem w kwietniu 2011 roku kiedy mój znajomy (jeden z latających księży) zabrał mnie ze sobą na Słowację ‚żebym sobie popatrzył’. To co rzuciło mi się u Stefana (poza oczywiście akcentem na pierwszą sylabę i dość specyficznym sposobem wysławiania się po Polsku) to ‚lekka’ ciągotka na pieniądze. Stefan oczywiście zapewniał mnie, że kwity LAA SR są jak najbardziej akceptowalne w Polsce. Mówił tylko, że jak będę miał IPPI 2 to muszę latać z kimś kto ma IPPI 4 albo więcej i to jest jedyny warunek.

Oczywiście ja mu w to uwierzyłem. No bo dlaczego nie miałbym wierzyć instruktorowi paralotniowemu.

Żeby w pełni zrozumieć ten ‚problem’ po wtóre podkreślę, że Stefan Vyparina wykorzystał dużą lukę na runku. Parastyle Pawła Grzybowskiego powstało dopiero w 2010 roku. Przed nim wyborem był albo Peciu o którego kursy potrafiły trwać kilka lat (nie, to nie jest żart a niestety przykra prawda) albo Wacek Kuzło. Kolejnym gwoździem i zyskiem dla Czechów i Słowaków było nałożenie podatku VAT 23% na szeroko pojęte kursy i szkolenia.

Jednak stało się i zapisałem się na kurs na Słowację. Razem ze mną zapisał się mój i księży znajomy o pseudonimie ‚Dzikus’. Oczywiście mając 21 lat moja sytuacja finansowa była gorzej niż zła. Wydałem więc połowę oszczędności (czyli circa 300zł) na wpłatę zaliczki na wiosnę 2011 aby na przełomie lipca i sierpnia uczyć się latać. Do tego czasu musiałem zarobić resztę potrzebnych pieniędzy co czyniłem pracując na czarno jako realizator dźwięku (bardziej dorzyłkowo / odpustowo / dniosiedlowy ale zawsze coś).

Z pomocą wysokiej emerytury mojej Babki udało się i w połowie lipca miałem już ponad 1500pln na koncie w banku, co było wystarczającą sumą na opłacenie reszty kursu, dotarcie na Słowację i wyżycie tam przez kilka dni.

Oczywiście nie mogło być mowy o wyjeździe samochodem 😉 Ja nie dysponowałem wtedy swoim samochodzie a Łada samara Dzikusa nie była w stanie technicznym rokującym wyjazd i powrót bez remontu silnika wykonywanego gdzieś na poboczu. Ustaliliśmy, że zbiorkomem jesteśmy w stanie dojechać do Muszyny z przesiadką w Krynicy. Wiedzieliśmy też, że zaraz po Słowackiej stronie granicy jest przystanek autobusowy na którym zatrzymują się autobusy jadące do Starej Lubowni przez Plavnice. Nie mieliśmy jednak pojęcia jak dostać się z Muszyny na granicę PL-SK.

Założyliśmy, że jakoś uda nam się złapać stopa. I to było złe założenie. Po około 5 kilometrów marszu z bagażami w ręce i na plecach w końcu ulitował się nad nami kierowca busa z Leluchowa, który podwiózł nas prawie na samo przejście graniczne ze Słowacją.

Tam poszło tylko gorzej. Okazało się, że oczywiście przystanek jest ale z racji na to, że było to popołudnie w sobotę czy niedziele ostatni autobus odjechał dawno temu. Nie pozostało nam innego tylko drałowanie na piechotę z wspomnianymi wcześniej tabołami. Zgrubne estymację pokazywały, że powinniśmy dotrzeć na miejsce przed zachodem. Niestety gdzieś w połowie drogi nasze nogi powiedziały „nie”. Doszliśmy do wniosku, że mamy wszystkiego serdecznie dosyć. Wyciągnąłem więc swój telefon komórkowy, zadzwoniłem w srogo płatnym roamingu do Stefana i grzecznie zapytałem się, czy oprócz usługi szkoleniowej nie wyświadczy nam usługi TAXI. 

Na miejsce, do noclegu w należącej do Stefana daczy w Hajtovce dojechaliśmy już bez większych przygód. Jakie było nasze zaskoczenie gdy po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy samochód z tablicą rejestracyjną z wyróżnikiem RZ. Naszej radości nie było z tego powodu końca……

A co było dalej będzie potem 😛

Benefis, czyli dziesięciolatka – Odcinek 1

// Pisać rozpoczęto 4 grudnia 2020 roku o godzinie 17 
// czasu Ryskiego w miejscowości Sigulda, gdzie pod
// wpływem stresu związanego z rozlicznymi obowiązkami
// służbowymi nagle wena twórcza pojawić się zechciała
//
// Jak zwykle zachęcam do lektury... Ale tylko koneserów
// gatunku... Literatury chyba psychodelicznej. 

Taką dziwną koincydencją pewnych zdarzeń, w 2021 roku przypada pewna szczególna dla mnie rocznica. 10 lat od kiedy to pierwszy raz wiedziony marzeniem o lataniu (albo własną głupotą – niepotrzebne skreślić) zatraciłem grunt pod nogami i oderwałem się od powierzchni gruntu na statku powietrznym jakim jest Paralotnia.

Sam nie podejrzewałem, że to się wszystko tak potoczy. Sam się sobie dziwiłem, że w ogóle się na to wszystko zdecydowałem. Z perspektywy czasu cała ta paralotnia wypełniła moje życie w całości. Niekoniecznie przez pryzmat przebywania w powietrzu ale chyba po prostu przez pryzmat bycia paralotniarzem i wszystkiego z czym to się wiąże.

Zaczynając jednak od samego początku chciałbym zachęcić do przeczytania mojej innej krótkiej serii, tj. „Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie”. Nie żebym jakoś coś tu chciał reklamować, bo jest ona wciąż na tym samym blogu 🙂

http://pogoda.cc/index.php/category/calka/

Zapoznanie się z tamtymi pracami pozwoli złapać kontekst osobom, które są nielotami albo tylko interesują się paralotniarstwem. Jest tam nawet wspomnienie i krótki opis tego jak to ze mną było i jak zaczynałem 🙂 Tu chciałbym się jednak skupić (nieco samolubnie) nie na samym aspekcie lotniczym i tego gdzie i kiedy poleciałem albo i nie. Chcę opowiedzieć bardziej historię jak te wszystkie bohaterskie próby polecenia a nie zrobienia sobie przy tym krzywdy podziałały na mnie jako na człowieku.

Czytaj dalej Benefis, czyli dziesięciolatka – Odcinek 1

Przypowieść o talencie (albo jego braku)

Bardzo często w dyskusjach z kimkolwiek zajmującym się jakimś sportem (w 90% chodzi oczywiście o latanie) przewija się temat talentu, odmieniany przez rozliczne przypadki i używany w różnych kontekstach. O Łukaszu Prokopie, Christianie Maurerze i tym podobnych mówi się, że mają talent. O zawodnikach kadry w skokach narciarskich mówi się, że mają talent bo to i tamto. Cały czas ten talent pojawia się jako coś bardzo ważnego. Na koniec ja często słyszę, że rzekomo ja mam talent do programowania. Za każdym razem muszę tłumaczyć ludziom jedno i to samo. Nie mam żadnego talentu a to co wy nazywanie talentem najprawdopodobniej w ogóle nie istnieje.

Jako talent ludzie postrzegają sytuację w której ktoś instynktownie bardzo szybko „łapie”. W zasadzie cudowne dziecko, czego się nie dotknie to od razu cud, miód, malina (To taka mała odmiana od tzw. „Polskiej Sztuki Budowlanej”. Kto ostatnio miał u siebie ekipę remontową wie o co chodzi). Ludzie często ulegają pewnej błędnej i szkodliwej iluzji, pomieszanej z zawiścią i zazdrością.

Muszę przyznać, że poniekąd wstydzę się być programistą i inżynierem. Gdy nie jest to absolutnie konieczne wolę w grupie nie ujawniać kim jestem i czym zajmuje się zawodowo. Mam cały czas wrażenie, że ludzie postrzegają bycie programistą wyłącznie przez pryzmat dużych zarobków, całkowicie pomijając to czym zajmuje się na co dzień i co musiałem robić aby być tu gdzie jestem. Nie da się ukryć, że bieda mnie nie bodzie. Mam 0x1E lat (ewentualnie 036). Ponieważ świadomie wybrałem życie w samotności nie muszę łożyć na moją żonę (której nie mam) i dzieci (których również nie mam). Kiedy nie zajmuje się programowaniem i elektroniką zajmuje się różnego typu sportami. Nie chcę tutaj pisać jakimi, wystarczy powiedzieć że nie jest to ani piłka nożna ani piłka siatkowa.

Aby się dowiedzieć o niektórych z nich (oprócz latania oczywiście, bo do tego wystarczy mój Facebook) trzeba załączyć odbiornik w Bielsku — Białej na frekwencji 145.250MHz i cierpliwie słuchać. Są jednak rzeczy o których wie zaledwie garstka osób. Są rzeczy o których nie mówię nawet mojej Siostrze, Bratu i reszcie rodziny. Jest to pewien poziom dostępu do mojej działalności (sportowej w tym przypadku ale rozciąga się to na kilka innych rzeczy), do którego dostęp mają ludzie dający rękojmie dochowania daleko posuniętej tajemnicy.

Stać mnie na to wszystko tylko dlatego, że jestem programistą. Nie dlatego, że dobrze się urodziłem, dobrze się wżeniłem albo mam bogatych rodziców. Programistą nie zostałem wczoraj. To wszystko zaczęło się w zasadzie od dziecięcych lat. Może nie bezpośrednio, bo Ojciec jednak był elektrykiem ale zawsze ciągnęło mnie do prądu. Gwoździem wszystkiego była szkoła średnia. Nigdy nie byłem orłach w przedmiotach ścisłych, zwłaszcza w matematyce (!!) . Pod koniec semestru w dzienniku potrafiłem mieć dwie ludy lufy i trzy dwóje na czysto. Nic więc dziwnego, że gdy moja wychowawczyni (jednocześnie nauczyciel matematyki) dowiedziała się, że planuję zdawać na maturze matematykę a potem pójść na politechnikę, to najpierw westchnęła a potem zaprosiła Ojca na rozmowę do szkoły. W opinii nauczycieli albo nie zdałbym tej matury z matematyki, albo nawet bym ją zdał to i tak nie dostanę się na uczelnie a nawet jak się dostanę to zaraz z niej wylecę. No i co? No i gówno. Z niewątpliwą satysfakcją po zakończonej sesji pobiegłem czym prędzej do mojej byłej szkoły i pokazałem wychowawczyni papierowy indeks (!) z oceną ‚dostateczny’ wpisaną w pierwszym terminie z takich przedmiotów jak: Analiza Matematyczna, Algebra, Metody Numeryczne.

Oto więc czarna owca, nieuk i rzekomo ktoś pozbawiony talentu do przedmiotów ścisłych przegonił prymusów z rozszerzoną matematyką i fizyką zdaną na ponad 90%. Ten o którym mówiono, że mu się na pewno nie uda.

Zostanie programistą to nie jest łatwy temat, podobnież jak zostanie latającym paralotniarzem. Skończenie kursu paralotniowego nie zrobi z nikogo paralotniarza, tak samo skończenie tzw. ‚bootcampu’ nie zrobi z kogoś programisty. Latam już 9 lat i dopiero od 3, może 4 lat mogę powiedzieć, że latam na poziomie, który by mnie samego satysfakcjonował. Jak zaczynałem z programowaniem? Na poważnie zaczęło się tak naprawdę na początku studiów na laboratoriach z przedmiotu „Technika Mikroprocesorowa”.

Oczywiście zacząłem również po swojemu i inaczej niż reszta. Teraz modny jest Python i Java. Dla mnie było to nudne i sztampowe, dlatego pierwsze programy pisałem w języku Assemblera na Intel 80C51 (oczywiście mikrokontroler bazujący na). Ładowanie z pamięci do rejestrów, zapisywanie z rejestrów do pamięci. Skoki warunkowe, bezwarunkowe, wzdłuż i poprzek. Nie ma tutaj fancy frameworków, zarządzania pamięcią, JSONów i tym podobnych. W zasadzie pojęcie zmiennej, struktury czy klasy tutaj nie istnieje. To co dało mi pierwszą pracę jako zawodowy programista to projekty, które ciągnąłem po pracy. Przede wszystkim były to stację pogodowe, które są bardzo rozległym tematem i nie na tutaj. Istotne jest to, że jest to projekt, który sam wymyśliłem i sam prowadzę do dnia dzisiejszego. W zasadzie bez pomocny innych osób zrobiłem wszystko od A do Z. Nauczyłem się dzięki temu najważniejszej rzeczy w byciu programistą czyli samodzielności. Tworzenie systemów i oprogramowania nie polega jedynie na pisaniu kodu, to przede wszystkim twórcze wymyślanie architektury i konkretnych rozwiązań. Najpierw trzeba wiedzieć co się chcę zrobić, jak się chcę to zrobić i po co a dopiero na końcu pisać kod.  

Co chcę przez to pokazać? Ludzie nie rozumieją i najczęściej nie chcą rozumieć jak dużo czasu trzeba aby coś w życiu osiągnąć. Moja matka wyrzucała mi, że „większość czasu spędzałem z laptopem na kolanach i nie rozmawiałem nawet ze swoim rodzeństwem”. Dla takich ludzi uwięzionych w szponach konwenansu wszystko czego nie są w stanie zrozumieć jest albo dziwne, albo kompletnie niepotrzebne. Ogólnie strata czasu i pieniędzy. Żeby złożyć i przetestować jakikolwiek prototyp musiałem czekać aż moja matka wyjdzie z domu, bo inaczej szybko skończyło by się to awanturą z powodu „kabli na wierzchu” i smrodu lutowia. Moja działalność elektroniczno – programistyczna była zawsze w domu problemem. Byłem przez to ‚ten gorszy’, ‚syfiarz’ itp. Skończyło się na tym, że po prostu w 2014 wyprowadziłem się z domu, bo bez tego nie byłbym w stanie się dalej rozwijać.

Dlaczego więc uważam, że talent nie istnieje? Zostanie programistą kosztowało mnie kilka lat pracy. Nie tygodni, czy miesięcy. Lat. Kilka lat podczas których siedziałem po kilka/kilkanaście godzin w dzień i w nocy rozwijając swoje projekty i ucząc się tego wszystkiego. Jeżeli więc ktoś mi mówi, że on się do tego nie nadaję, bo nie ma talentu do tworzenia oprogramowania, to jest to po prostu zwykłe kłamstwo. Nie chodzi tu o brak talentu, tylko brak chęci. Nawet jak jest chujowo to dobrze, że jest stabilnie. Jesteś kiepski, jesteś przegrywem bez marzeń i pieniędzy ale wolisz takim być dalej, bo żeby to zrobić musiałbyś wykonać jakąś pracę.

Powtórzę: ja byłem tym o którym nauczyciele głośno mówili, że na pewno nie da sobie rady. Jestem tym, który przez kilka pierwszych sezonów paralotniowych miał problemy z tym, co było oczywiste dla innych pilotów. Miałem problem zabrać się na termikę, robiłem najczęściej zloty itp. itd. Chodziłem gdzieś w okół tego celu jakim jest latanie termiczne. Widziałem je na własne oczy i wiedziałem, że jestem tuż obok ale jakoby za cienką szybą. Wiedziałem jednak, że latanie na paralotni jest w gruncie rzeczy dość proste. Nawet jeżeli ktoś nie jest do końca mi w stanie powiedzieć co ja robię źle a co on robi dobrze, to nie jest to czarna magia. Jest jakaś konkretna lista rzeczy do poprawki a nie brednie w stylu „ty to musisz poczuć po prostu” (bo i takowe rzeczy mi mówiono). Poczuć można skrzydło na uprzęży i należy taką umiejętność posiąść ale w kręceniu termiki i szukaniu tych noszeń nie ma nic z czucia. Po prostu należy się naumieć jakie manewry należy wykonywać aby się w tym noszeniu utrzymać. Jak Ci wejdzie sroga klapa i ponad pół skrzydła zwinie ci znad głowy, to nie będziesz wyczuwał co masz w tym momencie zrobić, tylko po protu musisz to wiedzieć zanim przyłoisz o twardą glebę. Nie potrzeba tu żadnego talentu, tylko treningu i nieco wyobraźni. 

Na koniec kolejna łyżka dziegciu o talencie. Dlaczego się tak z pewnymi rzeczami kryję, dlaczego uważam że ludzie mnie nie rozumieją i mają za kogoś nim nie jestem? Powiedzmy sobie szczerze, że chodzi o sport i to sport wymagający pieniędzy, sprzętu i dużego poświęcenia:

  1. „Skąd on na to wziął pieniądze” – Emanowanie na Facebook sportami czy innymi rzeczami, które się wykonuje w czasie wolnym to też jawne określanie swojego statusu materialnego i społecznego. Nie zawsze (a raczej rzadko) dobrym pomysłem jest informowanie wszem i wobec o swoich dochodach.
  2. „Nie ma co robić z pieniędzmi, hulaka, nie oszczędza itp” – U ludzi dość głęboko zakorzenione jest oszczędzne gospodarowanie. Tutaj przyczynkiem jest to, że jednak przez większość ostatniego czasu Polska była albo pod okupacja, albo była najeżdżana a to ze wschodu a to zachodu a to był u nas komunizm. Nigdy nie było wiadomo, kiedy nadejdzie ta czarna godzina, dlatego nawet jak dużo zarabiasz to powinieneś kisić pieniądze w słoiku.
  3. „Naoglądał się Eurosportu, co to jemu się wydaje? Że może jeszcze na olimpiade pojedzie? Po co on to w ogóle robi?” Ludziom wydaje się,  że sport zaczyna się od razu od wysokiego poziomu umiejętności. Początki w większości przypadków wyglądają raz śmiesznie, raz strasznie a raz żałośnie jak się na to patrzy z boku. Mój dalszy wujek był ongiś głęboko zawiedziony tym, że rocznie latam na paralotni mniej godzin niż by mu się początkowo wydawało.  Po co mam więc informować, że uprawiam sport X jeżeli ktoś może pomyśleć, że jestem lepszy niż faktycznie?
  4. Traktowanie per „Patrzcie jaki jestem zajebisty”. Granica pomiędzy wrzucaniem fajnych zdjęć do Internetu i opowiadania o swoim sporcie a przechwałkach jest bardzo cienka. Nie chodzi tu o to, że lamer będzie robił z siebie gwiazdę. Ten problem dotyka nawet najlepszych, którzy czasami potrafią obróść w piórka i robić z siebie kogoś wyjątkowego. Kogoś kim nie są, bo są tak naprawdę normalnym człowiekiem jak Ty i i ja, tylko robiącym coś długo i bardzo dobrze. Czasami lepiej siedzieć cicho i się nie przechwalać, bo czasami nawet światowej klasy skill nie pomoże uniknąć dorobienia gęby narcyza.
  5. „On ma lepiej ode mnie” To jest już klasyka gatunku. Sztampa do bólu jak Passat B5 u sąsiada. Niektórzy będą mnie serdecznie nienawidzili tylko i wyłącznie dlatego, że mam albo robię coś czego oni nie robią. Nie żeby tech chcieli. Oni tego nie chcą ale już sam fakt, że ja to mam to powód do bólu rzyci.
  6. Układ zamknięty – Liniowa kombinacja wszystkich czterech poprzednich punktów. Do puki jesteś naprawdę niezależny od innych, to masz szczęście. Niestety jednak może przyjść moment w którym twoje dalsze losy, czy to zawodowe, czy to osobiste, czy to rodzinne będą zależne tylko i wyłącznie do dobrej woli (bądź jej braku) jednej konkretnej osoby czy grupy osób. Narazić się możesz im na wiele różnych sposobów. Coś jeszcze mam tłumaczyć? Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi??

Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 4 — Działaczem Być

"You lock the door
And throw away the key
There's someone in my head but it's not me" 
~ Pink Floyd "Brain Damage"

UWAGA! Ten wpis może zawierać opisy kontrowersyjnych sytuacji i zdarzeń z „kuluarów” światka paralotniowego, które mogą być różnie odbierane i rozumiane przez różne strony. Ze względu na chęć zachowania rozsądnej długości wpisu pominięto pewne szczegóły, które wydają się być niepotrzebne do zrozumienia całości przekazu. 

ENGLISH NOTICE: I plan to rewrite this article in English language with (currently provisional) name „Being a paragliding official”. I need to explain our local specific hence it won’t be a 1:1 translation from Polish.

Przyszło więc mi zmierzyć się z palącym problemem o którym chciałem napisać od dawna. „Jak to jest być działaczem”. W zasadzie od samego początku mojej kariery pilota paralotniowego w mniejszym bądź większym stopniu angażowałem się społecznie. Często spotykałem innych ludzi, którzy tak jak ja próbowali pchać ten wózek, robili to w przeszłości, bądź dopiero chcieli zacząć aktywnie angażować się w społeczność paralotniową.

Jak to wygląda w praktyce? Czy warto być oficjałem, działaczem, wolontariuszem, społecznikiem czy jak inaczej by tą rolę nazwać? Ech… Ciężko powiedzieć jednoznacznie ale w naszych realiach to nie jest łatwe zajęcie.  To nie jest jak pchanie w dół bobsleja po lodzie na ścieżce startowej. To jest bardziej taszczenie taczki z gruzem, pod górę i to z kwadratowym kołem. Całość tego wysiłku można podzielić na to co robi się bezpośrednio współpracując z paralotniarzami, no to co robi się dla paralotniarzy współdziałając z zewnętrznymi organizacjami (np. PAŻP). Na koniec wisienka na torcie, czyli co dostaje się w zamian (od paralotniarzy). Czytaj dalej Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 4 — Działaczem Być

Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 3 — Co ludzie powiedzą

Ten odcinek jest kontynuacją poprzedniego. W części 2 skupiłem się na odczuciach pilota związanych wyłącznie z samym lotem. Na początku postawiłem pytanie „Dlaczego paralotniarz lata?”. Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie jednak nie zostało podana. Z perspektywy tych kilku tygodni od publikacji poprzedniego tekstu można prędzej powiedzieć, że opisałem dlaczego paralotniarz może przestać latać 😉

Kolejnym aspektem jest oddziaływania paralotniarstwa jako sportu i paralotniarza jako człowieka z resztą społeczeństwa. Często postrzeganie w jedną i drugą stronę różni się diametralnie ku niekiedy wielkiemu zdziwieniu, przeważnie strony paralotniowej. Ma to związek między innymi z różnymi pobudkami, którymi kierują się ludzie wchodzący w ten sport, jak również z różnymi (często błędnymi) wyobrażeniami jak to paralotniarstwo tak naprawdę wygląda.

Kadr z brytyjskiego serialu "Co Ludzie Powiedzą" (tytuł oryg: "Keeping up Apperances"
Kadr z brytyjskiego serialu „Co Ludzie Powiedzą” (tytuł oryg: „Keeping up Apperances”)

Zanim jednak przejdziemy do konkretów popatrzmy na sport w ogóle. Idea kultury fizycznej, uprawiania sportu i rywalizacji jest tak stara jak nasza cywilizacja. Warto przypomnieć (choć jest to chyba oczywiste), że już w starożytnej Grecji przykładano bardzo dużą uwagę nie tylko do edukacji i nauki, ale również właśnie do sportu. Zresztą sama idea igrzysk olimpijskich pochodzi właśnie ze starożytnej Grecji, a występująca w nazwie Olimpia to miejscowość na półwyspie Peloponeskim.

Czytaj dalej Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 3 — Co ludzie powiedzą

Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 2 — Psychiatria sportów ekstremalnych

… Przypadki beznadziejne i trudno rokujące.

W pierwszej części napisałem nieco o (nie)bezpieczeństwie paralotniarstwa. Omówienie ze szczegółami co i w jakich okolicznościach może stać się z paralotnią wymagało by ogromnej ilości tekstu i wiedzy, która wykracza nieco poza to w czym ja czuje się mocny. Tematy typu wędrówka środka parcia, rozkład siły unoszenia na profilu, Cx, Cz itp. itd. to nieco skomplikowana tematyka. Do pipcenia na Javcu, Skrzycznem i Straniku nie jest ona absolutnie niezbędną, zresztą nie chodzi mi nikogo o zasypywanie wszystkich trudną terminologią a raczej poruszenie trudnych tematów 🙂

https://demotywatory.pl/3369199/Trudne-Sprawy
https://demotywatory.pl/3369199/Trudne-Sprawy

Mój poprzedni post zakończył się pytaniem: „Dlaczego paralotniarz lata”. Oczywiście nie chodziło tu o te wszystkie Czty i Cxy albo inne takie tam. Chodzi tu o aspekt psychologiczny (a w niektórych przypadkach zahaczający o psychiatrię). Postaram się tu odpowiedzieć na to jak ja traktuję latanie ze swojej perspektywy, jak ta perspektywa zmieniała się na przestrzeni lat. Zajmę się tym z czym sam się zmagałem w mojej głowie oraz tym z czym mogą zmierzyć się początkujący paralotniarze i inni niedzielni latacze. 

Zaczynając od początku. Ostatnio ustaliliśmy, że latanie na paralotni nie jest w cale tak bezpiecznie jak jest reklamowane. Paralotniarz chcąc, nie chcąc musi zmagać się z bezwzględnymi siłami przyrody i toczyć pewną walkę, którą może w pewnych okolicznościach przegrać. Celowo nie podawałem tam ani nawet nie próbowałem podawać żadnych statystyk. Chodziło o wydobycie z czytelnika pewnej pierwotnej refleksji i zastanowienia się nad tym co tak naprawdę motywuje go do latania (zakładałem target około paralotniowy). Liczby chyba skłoniły by do odrzucenia pewnych faktów, gdyż zawsze można by powiedzieć, że „ryzyko wypadku czy śmierci jest na tyle małe, że mogę o tym w ogóle nie myśleć”

Czytaj dalej Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 2 — Psychiatria sportów ekstremalnych

Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 1 – Bezpieczeństwo

Mój poprzedni wpis luźno zahaczał o moją błyskotliwą karierę pilota od momentu przeprowadzenia się do Bielska-Białej. Obiecałem tam, że pociągnę ten temat dalej i podzielę się tymi i owymi przemyśleniami z tych kilku lat w których siedzę w tym sporcie.

Jakiś czas temu, zamieszkały w Świętokrzyskiem Zbigniew Gotkiewicz napisał pewną pozycję książkową w temacie paralotniarstwa. Szczerze powiedziawszy nigdy nie miałem okazji na nic więcej niż pobieżne przekartkowanie tejże, ujął mnie jednak jej tytuł „Suma Wszystkich Błędów”. Tytuł idealnie pasujący do mnie 🙂

Ale dlaczego całka? Suma to dość proste działanie, ograniczone do dyskretnych operandów. Ściśle określonym zbiorze liczb, całkowitych bądź zmiennopozycyjnych które chcemy do siebie dodać. Ilość błędów (przynajmniej moje) w paralotniarstwie to jednak przebieg analogowy, zmienny w czasie. Raz tych błędów popełnia się mniej, raz więcej ale cały czas jest to funkcja ciągła 🙂 Aby to ładnie posumować trzeba by tu policzyć całkę oznaczoną, czyli pole powierzchni pomiędzy krzywą wykresu funkcji a osią czasu (osią OX).

No ok, serio to po prostu tytuł jest luźnym nawiązaniem do tego co napisał kiedyś ZG, choć tutaj chodzi o moje i tylko wyłącznie moje błędy…

Czytaj dalej Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 1 – Bezpieczeństwo