Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 4 — Działaczem Być

"You lock the door
And throw away the key
There's someone in my head but it's not me" 
~ Pink Floyd "Brain Damage"

UWAGA! Ten wpis może zawierać opisy kontrowersyjnych sytuacji i zdarzeń z „kuluarów” światka paralotniowego, które mogą być różnie odbierane i rozumiane przez różne strony. Ze względu na chęć zachowania rozsądnej długości wpisu pominięto pewne szczegóły, które wydają się być niepotrzebne do zrozumienia całości przekazu. 

ENGLISH NOTICE: I plan to rewrite this article in English language with (currently provisional) name „Being a paragliding official”. I need to explain our local specific hence it won’t be a 1:1 translation from Polish.

Przyszło więc mi zmierzyć się z palącym problemem o którym chciałem napisać od dawna. „Jak to jest być działaczem”. W zasadzie od samego początku mojej kariery pilota paralotniowego w mniejszym bądź większym stopniu angażowałem się społecznie. Często spotykałem innych ludzi, którzy tak jak ja próbowali pchać ten wózek, robili to w przeszłości, bądź dopiero chcieli zacząć aktywnie angażować się w społeczność paralotniową.

Jak to wygląda w praktyce? Czy warto być oficjałem, działaczem, wolontariuszem, społecznikiem czy jak inaczej by tą rolę nazwać? Ech… Ciężko powiedzieć jednoznacznie ale w naszych realiach to nie jest łatwe zajęcie.  To nie jest jak pchanie w dół bobsleja po lodzie na ścieżce startowej. To jest bardziej taszczenie taczki z gruzem, pod górę i to z kwadratowym kołem. Całość tego wysiłku można podzielić na to co robi się bezpośrednio współpracując z paralotniarzami, no to co robi się dla paralotniarzy współdziałając z zewnętrznymi organizacjami (np. PAŻP). Na koniec wisienka na torcie, czyli co dostaje się w zamian (od paralotniarzy).

Historia, jak to po kolei było: AKL

Zanim zacznę opowiadać o ciemnej stronie bycia oficjelem sportowym nieco mojej historii w tym zakresie. Latać zacząłem w 2011 roku i dość szybko zacząłem się angażować społecznie. Początkowo niekoniecznie było to coś co robiłem z głębokiego poczucia misji, bardziej z konieczności. Mając 21 lat byłem biedny jak mysz kościelna i samo pójście oraz ukończenie kursu paralotniowego było sporym wydatkiem (ok 1700pln) a o zakupie sprzętu mogłem tylko pomarzyć. Istniało jednak rozwiązanie tej sytuacji

Akademicki Klub Lotniczy Politechniki Rzeszowskiej (zwany w skrócie AKL). W tamtym czasie napalony na latanie byłem do granic absurdu i gdy dowiedziałem się, że na uczelni jest jakaś organizacja która ma sprzęt paralotniowy to uznałem to za gwiazdkę z nieba 🙂 Czym prędzej skontaktowałem się opiekunem naukowym i dość szybko umówiłem się na spotkanie u niego w gabinecie, w kadaterze na której pracował (Katedra Mechaniki Konstrukcji, Wydział Budownictwa i Inżynierii Budownictwa).

Po krótce i nie wchodząc w szczegóły okazało się, że w zasadzie AKL jest martwy i na tamtą chwilę nie było w nim żadnego studenta. Co ciekawe statut AKL cały czas stanowi, że członkiem jest się dożywotnio (lub oczywiście do złożenia rezygnacji) i nawet po zakończeniu studiów nie traci się żadnego z nabytych praw, choć zwyczajowo pierwszeństwo do sprzętu mają oczywiście studenci.

Co udało mi się osiągnąć? Realnie dość dużo. Przez całą moją kadencję ilość członków wzrosła z zera do 30 osób. Łącznie udało mi się załatwić kilkadziesiąt tysięcy złotych co pozwoliło na znaczną modernizację sprzętu. Zorganizowałem jeden kurs paralotniowy u zaprzyjaźnionego instruktora na który uczęszczało ok 5 osób.

http://pogoda.cc/d/prezentacja_dni_promocji.pdf

Na koniec mojej przygody ze studiami, gdy trzeba było komuś przekazać władzę zostało zorganizowane walne zebranie wyborcze w jednej z sal na katedrze. Opiekun naukowy w pewnym momencie zaczął opowiadać o tym jak widzi rozwój klubu w tych ostatnich kilku latach i zaczął przy wszystkich zachwalać moje zasługi 🙂 Zrobiło mi się trochę głupio ale z drugiej strony rad byłem, że ktoś docenia ten ogrom społecznej pracy, który włożyłem w rozwój klubu przez te lata. Pracy, która polegała na chodzeniu z niezliczoną ilością pism do Kanclerza i Prorektorów. Proszeniu się o to czy o tamto, negocjowaniu z dostawcami itp itd. 

Historia, jak to po kolei było: Polskie Stowarzyszenie Paralotniowe

W końcu przyszedł czas na PSP. Moja przygoda z tą największą w Polsce organizacją paralotniową rozpoczęła się w 2013 roku, czyli już przeszło 6 lat temu. Skontaktował się ze mną ówczesny jej prezes Mariusz Nowacki w sprawie uzyskania pozwolenia radiowego RRL (w służbie Ruchomej Lądowej) dla wykorzystania przez PSP właśnie.

Stare logo Polskiego Stowarzyszenia Paralotniowego (przed zmianą w 2012 roku)
Stare logo Polskiego Stowarzyszenia Paralotniowego (przed zmianą w 2012 roku)

Dla mnie wypełnienie dwóch stron formularza ściągniętego ze strony Urzędu Komunikacji Elektronicznej było formalnością trwającą zaledwie godzinę, dwie. Czynność tym łatwiejsza, że sieć radiowa PSP to w zasadzie wyłącznie radiotelefony przewoźne i przenośne (ręczniaki).

Tak to się wszystko zaczęło. W tzw. międzyczasie zaliczyłem razem z Polskim Stowarzyszeniem Paralotniowym dwie edycje Mistrzostw Polski, w 2014 w dolinie Sočy w Słoweni, oraz w 2015 w Kruševie w Macedoni. Obywie w roli organizatora – freeflyera (no przecież sumienie by mi nie dawało spokoju gdybym przy tej okazji nie polatał 😀 )

Nowe Logo PSP, używane współcześnie

Moją specjalizacją stała się jednak Polska Przestrzeń Powietrzna (tzw. FIR EPWW) i dbanie o to aby było w niej dostatecznie dużo przestrzeni klasy G dla paralotniarzy 🙂

Współpraca dla paralotniarzy z otoczeniem nie-paralotniowym: Przestrzeń powietrzna

Ufff.. Udało mi się napisać wstęp krótszy niż 1000 słów 🙂 No to teraz pora przejść do konkretów, czyli do tego FIRu EPWW.

Sposób w jaki odbywają się zmiany w przestrzeni powietrznej jest ściśle regulowany stosownymi przypisami (nie będę przytaczał bo nie jest to czas i miejsce na to) i opiera się o instytucję Konsultacji Społecznych. Jeżeli więc  jakikolwiek użytkownik przestrzeni powietrznej, czy to cywilny, czy to wojskowy albo rządowy (albo sama Polska Agencja Żeglugi Powietrznej) chcę wprowadzić w przestrzeni jakieś trwałe zmiany to nie może się to odbyć w sposób „uznaniowy”, czyli bez wiedzy, zgody i akceptacji innych podmiotów.

Stałymi zmianami jest wszystko co obowiązuje przez okres dłuższy niż 3 miesiące. Strefy TRA (Temporary Reserved Area), TSA (Temporary Segregaded Area), trasy MRT (Military RouTe), zmiany w kształtach CTR (ConTRolled Area)/TMA (TerMinal Area) itp itd. Słowem wszystko co na stałe zmienia wygląd map przestrzeni powietrznej. Jeżeli strefa ma obowiązywać na okres krótszy niż 3 miesiące, to Polska Agencja Żeglugi Powietrznej może ale nie musi przeprowadzać jakichkolwiek konstultacji. W takich okolicznościach wprowadzono np. ‚słynne’ strefy EA dla straży granicznej. W 2015 podczas PMP we wspomnianym Kruševie zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym, że oto większość startowisk paralotniowych na Podkarpaciu została objęta strefami ćwiczeń, czyli EA (Exercise Area). Co gorsza te strefy EA, okazały się być ciągle aktywowane w AUP (Airspace Usage Plan) na 24H w całym zakresie wysokości. Jednym słowem kaplica, tym bardziej, że jako podmiot odpowiedzialny był wpisany ZZZZ. Cztery litery ‚Z’ oznaczają „tajne przez poufne” czyli smutnych panów, którymi dla własnego bezpieczeństwa lepiej się nie interesować bo jeszcze przyjdą z „przedłużeniem konstytucji”, jak to niektórzy ongiś zasłyszeli na stołecznym EDACSie (oczywiście ja stołecznego EDACSa nie mogłem słuchać chociażby przez fakt, że nigdy nie mieszkałem w Warszawie). W tym przypadku była to oczywiście Straż Graniczna.

Jak to wyglądała w takich przypadkach dalej? Zaczyna się pisanie pism, niezliczone telefony do Ośrodka Planowania Strategicznego w PAŻP i w końcu dochodzi to etapu w którym sprzecznych interesów nie da się pogodzić na odległość i trzeba umówić „spotkanie na wizji”. Stref EA nie da się „przedłużać” czy też „reaktywować” w nieskończoność, dlatego w końcu musi na tym miejscu powstać jakiś trwały element, w tym przypadku TRA. Zaletą strefy TRA (w porównaniu do TSA) jest to, że dopuszcza się tam ruch statków powietrznych innych niż te „zamawiającego/aktywującego strefę”. Wiadomo było jednak od początku, że pewna specyfika latania paralotniowego nie będzie pasowała do typowych zasad współdzielenia aktywnej strefy TRA. Zero łączności radiowej i zero możliwości określenia gdzie i o której godzinie się będzie. Co gorsza będzie to w zasadzie norma a nie wyjątek od reguły

.

Dochodzi więc do spotkania, najczęściej na gruncie neutralnym tj. w siedzibie Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej w Warszawie przy ulicy Wieżowej, gdzie mieści się Centrum Kontroli Ruchu Lotniczego. Przed takim spotkaniem zaczyna się bardzo intensywna praca. Ponieważ na miejscu muszą paść konkretne ustalenia, należy koniecznie przygotować ostateczną wersję „oczekiwań paralotniowych” i to w kilku wariantach. Tu zaczynają się problemy. Paralotniarze często nie rozumieją co jest możliwe do realizacji a co nie, czasami nie przyjmują do wiadomości że pewne rzeczy (choć korzystne dla nas) nie mają szans podczas negocjacji. Wynika to z albo braku wiedzy na temat przepisów odnoszących się do żeglugi powietrznej, albo po prostu ze zwykłego roszczeniowego podejścia do otoczenia na zasadzie „mi się należy”

Same spotkanie konsultacyjne to już kwestia wyczucia negocjacyjnego. Jedni będą w tym dobrzy, drudzy nie. Trzeba znać przepisy, lokalną specyfikę, umieć pracować pod silnym stresem i bardzo szybko, niemalże natychmiastowo rozwiązywać problemy i proponować własne rozwiązania. Do końca życia nie zapomnę początku spotkania w sprawie stref straży granicznej. Po jednej stronie sali wysocy oficerowie SG, po drugiej stronie ja i inni paralotniarze z rejonu. Po krótkim wstępie prowadzący z ramienia PAŻP to spotkanie oddał mi głos prosząc o przedstawienie problemu. Powiem szczerze, że możliwość wypowiadania się i poczynania ustaleń w imieniu de facto całej społeczności paralotniowej było z jednej strony wysoce emocjonującym wyzwaniem z drugiej strony czynnością wielce odpowiedzialną, to już nie były żarty. W takich momentach cała odpowiedzialność jednoosobowo spływa na mnie. Pomimo obecności kilku przedstawicieli „z rejonu”, oczywiście w razie W to ja jestem zawsze wszystkiemu winny jako wodzirej.

Granica Polsko-Ukraińska w Bieszczadach
Granica Polsko-Ukraińska w Bieszczadach, tu w okolicach Rozsypańca

Czy udało nam się uzyskać to co chcieliśmy? Generalnie tak. Oczywiście strefy TRA powstały i oczywiście ich codzienna, ciągła aktywacja H24 jest nie do końca zgodna z zasadami „Flexible Airspace Usage” (Elastycznego Użytkowania Przestrzeni Powietrznej). Naturalnie gdyby coś takiego robił aeroklub, tj. non stop aktywował swoją strefę TRA to szybko PAŻP zaczął by się interesować czy faktycznie zachodzi taka potrzeba i co takiego dzieje się w tej strefie (jeżeli w ogóle). Tu jednak przystaliśmy na to, że lepsze takie TRA niż np strefa P (Prohibited, tj. zabroniona), TSA (strefa w której po aktywacji nie może latać nikt oprócz zamawiającego) czy cokolwiek innego co ubiło by latanie paralotniowe w rejonie.

Tak czy inaczej nie da się ukryć, że latanie paralotniowe w rejonie Beskidu Niskiego skomplikowało się. Trzeba dzwonić na Straż Graniczną do Przemyśla. W bardzo sporadycznych przypadkach odmawiają albo proszą żeby latać „od do” itp itd. Istotą konsultacji społecznych nie jest jednak to aby jedna strona wracała na tarczy a druga z tarczą. Istotą konsultacji jest to, żeby wszyscy wyszli niezadowoleni w takim samym stopniu. 

Współpraca z paralotniarzami dla (przeciw?) innych paralotniarzy: przestrzeń powietrzna i konflikty interesów

UWAGA! W TYM MIEJSCU ZACZYNA SIĘ TEKST WYSOCE KONTROWERSYJNY!

Strefy TRA Straży Granicznej mają oczywiście swoją kontynuację, bardzo bolesną dla mnie (dosłownie i w przenośni). Czas mijał i generalnie wypracowane porozumienie i schemat działania funkcjonowały niby bez zarzutu, ale tak jakby nie do końca. Funkcjonowały OK dla pilotów lokalnych, którzy latali bezpośrednio w Beskidzie Niskim i Bieszczadach ale była jeszcze pewna grupa (na szczęście niezbyt liczna) ludzi, którzy przylatywali w te rejony z przelotów z Beskidu Wyspowego. Tu pojawił się wydający się na mały problem, który urósł do ogromnych rozmiarów.

Punktem kryzysowym był pewien dzień w kwietniu 2016 roku, kiedy kilku pilotów wykonało przelot z Beskidu Wyspowego w Beskid Niski. Jednym z tych przelotów jest ten: http://xcportal.pl/node/100043

Fragment dyskusji prowadzonej na temat feralnego lotu. Całość do wglądu pod widocznym linkiem
Fragment dyskusji prowadzonej na temat feralnego lotu. Całość do wglądu pod widocznym linkiem

W czym leżał problem? Problem leżał w dwóch zagadnieniach: Konieczności zgłaszania lotów na Służbę Dyżurną Straży Granicznej w Przemyślu, oraz jednocześnie pewnym zapisie z porozumienia, który mówił że w przypadku nagłej konieczności poderwania drona SG ma prawo zażądać aby piloci w przeciągu 30 minut po kontakcie telefonicznym do wskazanej osoby opuścili TRA. Piloci o których mowa nie wiedzieli w ogóle o istnieniu takiego obowiązku (szczerze już nie pamiętam czy w ogóle wiedzieli o istnieniu tych TRA), choć ponieważ loty były zgłoszone to jednocześnie w pewnym sensie mogli tam lecieć, choć kompletnie nie zdawali sobie tego sprawy.

Rozgorzała ostra, wręcz momentami bardzo wulgarna dyskusja nt. wzajemnych ustaleń poczynionych przez nas ze Strażą Graniczną. Pojawiło się duże ryzyko, że „opcja Krakowska” zacznie samodzielnie kontaktować się ze Strażą Graniczna i rewidować nasze wcześniejsze ustalenia. Czym to groziło? Oczywiście całkowitym zerwaniem porozumienia i w zasadzie uziemieniem latania paralotniowego w BN i Bieszczadach

Pomijam już całkowicie fakt, że przez jednego z dyskutantów wypowiadającym się pod tamtym lotem zostałem na grupie pl.rec.paralotnie publicznie oskarżony o wręczanie łapówek i innych korzyści majątkowych funkcjonariuszom Straży Granicznej. Krewki dyskutant zrobił to oczywiście nie na xcportalu ale na grupie (i to pod pseudonimem) gdyż tak bezczelne pomówienia spotkały by się  ze zdecydowanym odzewem albo moim albo samej SG.

Co ja zrobiłem z tym wszystkim? Oczywiście samoczynnie poczułem się do obowiązku i kontynuowałem tę niełatwą dyskusję, tym razem próbując godzić dwie strony paralotniowego konfliktu. Dzwoniąc do jednych słyszałem w słuchawce srogi strumień szamba pod adresem tych drugich i vice versa. Środowisko paralotniowe od zawsze było wewnętrznie skłócone a tutaj dochodził do tego aspekt rywalizacji sportowej, która nakręcała niezdrowe emocję. W końcu musiałem jednak opowiedzieć się za wersją którejkolwiek ze stron, gdyż obydwie były od siebie skrajnie różne. I tu zaczynają się problemy..

Otóż zacząłem dryfować w stronę opcji XCportal/Kraków i choć jeszcze o tym nie wiedziałem ten błąd miał mnie bardzo, ale to bardzo dużo kosztować.

Każdy popełnia błędy. Im bardziej skomplikowanej i szeroko zakrojonej działalności się podejmujemy tym większe ryzyko popełnienia błędu. Często a raczej w większości przypadków błędy popełnia się przypadkowo działając w dobrej wierze. Jest to całkowicie normalne i należy się do tego przyzwyczaić. Dlaczego ja poszedłem w stronę XCPortalu? Głównie przez zboczenie zawodowe. W tamtym czasie pracowałem jako „Integrator IT/telco” tzn. osoba odpowiedzialna za integrację sieci teleinformatycznej (w skrócie po prostu ‚komputerowej’) dla systemu Smart City w Rzeszowie. Chciałem pójść typowo w inżynierię oprogramowania. XCPortal zgłaszał potrzebę wprowadzenia jakiegoś sytemu wymiany informacji o zgłoszeniach do Straży Granicznej, który miał by być potem wykorzystywany podczas sędziowania, tj. rozliczania kto zgonie z regulaminem latał w strefach TRA a kto nie. Dla mnie był to idealny projekt do mojego portfolio umożliwiającego start mojej kariery jako zawodowy programista.

Gdzie był błąd? Lokalne środowisko (jak się potem okazało całkiem słusznie) nie chciało i nie odczuwało potrzeby istnienia czegoś takiego. Problem był w tamtejszych lokalnych realiach totalnie wirtualny i sztucznie wytworzony przez ludzi z zewnątrz. Dotyczył w zasadzie głównie osób, dla których ważna była tabelka w xcportalu i punkty to WXC. Reszta to ignorowała, po prostu dzwoniła na SG i latała, tyle.

Piloci nad ‚Mszaną Paryj’ Jednym ze startowisk w TRA. Autor zdjęcia nieznany, katalog w systemie plików opisany ‚Zdjęcia od Janka’

Ja, omamiony chęcią stworzenia czegoś niepowtarzalnego. Złożonego systemu IT współpracującego z innymi, zewnętrznymi systemami a nawet oferujący powiadomienia SMS czy aplikację mobilną brnąłem w to dalej, nakręcany przy okazji przez personel XCPortalu . Jestem osobą silnie koncentrującą się na osiągnięciu celu. Gdy uznam, że rzecz której się podejmuje jest interesująca, społecznie potrzebna, czy jest swego rodzaju wyzwaniem to z determinacją dążę do jej realizacji bez względu na koszta, czas, wkład własny itp. Tutaj okazało się to być przekleństwem, z którego jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy. 

APOGEUM CZYLI KRYZYS GRANICZNY

Atmosfera była cały czas lekko gorąca ale jeszcze nie gotująca się. XCPortal cały czas oficjalnie przekonywał, że dąży do wypracowania sposobu weryfikacji zgłoszonych na platformę lotów. W tej kwestii obowiązywało de facto „vacatio legis”. Niestety wydarzyło się coś jeszcze. „Z okazji” Światowych Dni Młodzieży przywrócono kontrolę na wewnętrznych granicach Schengen. W praktyce polegało to na tym, że granice można było przekraczać tylko w wyznaczonych do tego celu miejscach. Było ich oczywiście dużo więcej niż przejść granicznych z np. Czechami przed przystąpieniem do UE ale jednak oficjalnie nie można było przelatywać przez granicę glajtem, chyba że zostało by się odprawionym indywidualnie przez SG.

Był to bardzo duży impas i zgryz nie tylko na Podkarpaciu. Skontaktował się ze mną Piotrek Blachnik z Wałbrzycha. W Karkonoszach i Górach Suchych oraz Sowich problem był podobny jak w XCPortalu. Jak i czy w ogóle rozliczać loty z przekroczeniem granicy państwowej w okresie w którym de facto albo przekraczać jej nie wolno albo można to robić na nie do końca jasnych warunkach? 

Zamek Książ widoczny z perspektywy punktu widokowego, na którym siedzieliśmy z Piotrkiem Blachnikiem w Czerwcu 2018 kontemplując jak ciężkie jest życie społecznika – Autor Zdjęcia: Piotr Hałun (CC BY-SA)

Ognisko zamiast przygasać rozpalało się coraz bardziej. Zamiast próbować jakoś tą sytuację unormować dolewano benzyny z wiadra. Tu zaczyna się w zasadzie początek punktu krytycznego, który zmienił u mnie wiele rzeczy raz na zawsze. Brnąłem dalej bez sensu w jednym kierunku dając się wykorzystać przez załogę XCPortal. Brutalna prawda jest niestety taka, że znaleźli we mnie kozła ofiarnego. Osobę, która myśląc że robi dobrze odwali za nich całą brudną robotę wystawiając się na ogień publicznej krytyki. W razie czego to winny będzie Lubecki (no i PSP) a nie XcPortal, który przecież jest tylko platformą społecznościową do dzielenia się i rozliczania zapisów lotów z GPS.

Zrobiłem rzecz najgorszą z możliwych, która zaważyła na mojej dalszej przyszłości. Zresztą poniżej zachował się jeszcze oryginalny news, który na tą okazję wrzuciłem na stronę stowarzyszenia (http://psp.org.pl). Jest tam skan otrzymany ze Straży Granicznej na moje zapytanie o to, czy wolno we wskazanym terminie latać przez granicę czy nie i w jakich okolicznościach.

Odpowiedź SG w sprawie lotów transgranicznych (rozporządzenie MSWiA z 1 czerwca)

Po co to zrobiłem? Na pewno nie dlatego, że Stowarzyszenie miało w tym jakiś interes. Jakiś interes na pewno miał w tym XcPortal a ja działałem pod wpływem impulsu, odpowiednio przez nich „urobiony ideologicznie” do całej tej sytuacji oraz jej uczestników (głównie pilotów z Podkarpacia).

Po co to piszę? Po to żeby pokazać, jak bardzo ale to bardzo cieńka jest linia po której porusza się działacz. Jak bardzo trzeba uważać z kim i o czym się rozmawia. Jak bardzo trzeba zwracać uwagę na pobudki dla których dana strona reprezentuje takie a nie inne poglądy. A przede wszystkim trzeba zawsze zachować zimną krew i najlepiej nie stawać nigdy jednoznacznie po żadnej ze stron.

Co mi to dało? Zostałem publicznie uznany za konfidenta i osobę działającą na szkodę własnego środowiska. Zaczęła się publiczna nagonka na moją osobę podczas której kilku konkretnych pilotów z Rzeszowa i okolic używając przeróżnego typu inwektyw oraz bardzo wulgarnego języka obrażało mnie publicznie w Internecie. Byłem też głośno obśmiewany i wyszydzany na startowiskach paralotniowych, zarówno za plecami podczas mojej nieobecności, jak i prosto w twarz.

Startowisko paralotniowe na Górze Chełm koło Grybowa
Startowisko paralotniowe na Górze Chełm koło Grybowa

Gwoździem programu była szarpanina na starcie na Górze Chełm koło Grybowa w Małopolsce (okolice Nowego Sącza i Krynicy Zdrój). Po serii inwektyw słownych zostałem kilkukrotnie popchnięty i wepchnięty w zarośla, których jak widać na powyższym zdjęciu jest mnóstwo. Na do widzenia dowiedziałem się, że mam wypierdalać i nigdy więcej nie pokazywać się na żadnym startowisku w rejonie.

Bynajmniej nie miałem nawet zamiaru gdziekolwiek się pokazywać. Po kilku dniach od tej sytuacji zrozumiałem co tak naprawdę zrobiłem. Moja to, nazwijmy „kondycja psychiczna” znajdywała się wtedy na dnie. Nie mogłem spać, nie mogłem normalnie pracować i myśleć. Zostałem całkowicie sam ze swoim problemem. Kilka dni potem postanowiłem całkowicie wyłączyć system, który stworzyłem. Wyłączyłem serwer aplikacyjny i usunąłem całkowicie bazę danych i wszystkie istniejące jej kopie zapasowe. Na tamten czas chciałem etap paralotniarstwa zamknąć raz na zawsze. Co na to XCportal? Podczas rozmowy z jednym z pracowników XCportalu usłyszałem tylko: „Ale jak Mateusz. Tyle? Koniec?” Tak, koniec. Już nie było rozmów telefonicznych w których żywo dyskutowaliśmy „problem graniczny” i w których słyszałem bardzo krytyczne opinie o podkarpackich pilotach. Niejako wykonałem swoje zadanie. XCportal zobaczył moim kosztem gdzie jest granica (hehe) tego problemu i co należy w tym momencie zrobić. Należało nic nie robić i problem po prostu zamknąć czekając aż sam przycichnie. 

Czego się przy tym nauczyłem? Jak już napisałem pokazało m to, jak bardzo ważne jest pilnowanie samego siebie i uważanie na prawdziwe pobudki. Co w dalszym ciągu zrobił XCPortal? Nic. Na chwilę obecną chyba wszystkie loty są kwalifikowane jako konkursowe, bo po prostu zakłada się tutaj że pilot dopełnił ciążącego na nim obowiązku. W szczegóły już nikt nie wchodzi.

The lunatic is on the grass
The lunatic is on the grass
Remembering games and daisy chains and laughs
Got to keep the loonies on the path
~ Pink Floyd "Brain Damage"

Czy dostałem od XCPortalu jakiekolwiek wsparcie (nawet emocjonalne) w tej trudnej sytuacji? Nie. Czy przejmuje się, że ten wpis wywoła burzę i zapewne roszczenia ze strony XCPortalu? Nie, bo prawda zawsze kole w oczy.

CO DOStaje się od paralotniarzy w zamian

Nieco wyżej wrzuciłem zdjęcie z widokiem na zamek Książ i wspomniałem o moim koledze, Piotrku Blachniku z Wałbrzycha. Jest to człowiek tak niezwykły,  że pozwolę sobie krótko go wspomnieć (oczywiście za jego wiedzą, zgodą i review treści). Piotrek jest człowiekiem, który pamięta prehistorię tego sportu w Polsce. Latać zaczynał w połowie lat 90tych, kiedy miał zaledwie 15 lat. Pamięta czasy kiedy na latanie dojeżdżało się najczęściej PKSem, w porywach do Poloneza albo Fiata Cinquecento (łamane na 126p). Modne były wtedy jaskrawe ubarwienia skrzydeł i jaskrawe kombinezony z ortalionu. No cóż takie wtedy były czasy.

Bezmiechowa Górna koło Leska – Bardzo stare zdjecie, pochodzace prawdopodobnie z 1995 roku (albo jeszcze starsze). Wszystkie paralotnie w powietrzu sa produkcji Bogusława Pelczara z Krościenka Wyżnego

Takie jakby bardziej spokojne czasy. Nic z nich nie pamiętam, bo moje jako takie świadome życie zaczęło się dopiero od 98~99 roku ale nawet wtedy było jakoś tak inaczej. Nie było internetów, nie było komórek. Ludzie jakoś bardziej byli otwarci na drugiego, częściej ze sobą rozmawiali i chętniej ze sobą współpracowali ku osiągnięciu wspólnego celu. Piotrek bardzo szybko zaczął być właśnie takim społecznikiem. Na grupie paralotniowej (i jego FB) można znaleźć rozliczne dowody jego działalności na przestrzeni wielu lat. Dla mnie czynem zasługującym na po prostu podziw była walka z Kopalnią Melafiru ( i de facto z Burmistrzem Mieroszowa ) o zachowanie Andrzejówki a przede wszystkim o zachowanie startowiska na Klinie w Rybnicy Leśnej. 

Demokracja i pluralizm kończą się tam, 
gdzie zaczyna odmienne zdanie. 

Alleluja!
~Piotrek Blachnik

To już nie było pici polo na małe bramki. To było wkładanie w imię racji paralotniarzy ręki w tryby napędzane ogromnymi pieniędzmi. To mogło się zakończyć naprawdę źle. Nie chcę niczego sugerować ale wszyscy mieszkamy w tym samym kraju i wiemy jak się czasami kończy zadzieranie z władzą i wielkim biznesem.

Post FB autorstwa Piotrka, który zdradza nieco kulisów na temat jego heroicznej akcji. Oczywiście umieszczony za jego wiedzą i zgodą.

Jak jest teraz? Czy tak skrajne poświęcenie samego siebie dla innych spotyka się z uznaniem?

Mnie czasami zastanawia skąd u ludzi aż takie skurwysyństwo 
się bierze. Ja rozumiem, że większość paralotniarzy działa 
na zasadzie najpierw coś zrobię a potem pomyślę no ale bez 
przesady. Przez podejście kilku osób Benek stwierdził że ma 
to w poważaniu i położył projekt z którego ludzie korzystali.
Z nieco podobnych powodów np. Piotrek Blachnik dał sobie 
ostatnio całkowicie siana z robieniem za działacza. Człowiek,
który pamięta prehistorię tego sportu.... Przykre to bardzo,

Ludziom czasami wydaje się, że przecież to wszystko im się należy i to jest normalne, że taka  i inna osoba podejmuje się działalności społecznej. Dla niektórych wręcz niestosowne jest przypominanie o tym ile wysiłku, czasu i pieniędzy to wszystko kosztuje. Przecież co to jest taki wyjazd do Warszawy do PAŻP. A jeszcze ciasteczkami na miejscu poczęstowali.

Tak jak i Piotrek, tak i również ja z czasem odczuwaliśmy coraz większy bezsens tego co robimy. Może nie tyle bezsens, co całkowity brak wsparcia z drugiej strony.

Myślicie, że taki działacz – społecznik jest w środowisku powszechnie poważany? Oczywiście, że nie. Paralotniarze bardziej docenią kolegę latającego dalekie przeloty XC niż osobę dzięki której ten przelotowiec będzie miał gdzie polecieć. Ludzie po prostu nie rozumieją kompletnie realiów w których porusza się społecznik. Wróćcie sobie jeszcze do pierwszego paragrafu i przeczytajcie jeszcze raz całość o konsultacjach społecznych. Ilu z was zdawało sobie sprawę z tego, że to tak wygląda?

Jeżeli jednak miałbym usystematyzować to co napisałem powyżej i wymienić kilka najistotniejszych cech które zniechęcają najbardziej to:

  1. Roszczeniowe podejście. Przeświadczenie ludzi, że są tak zajebiści że wszystko należy im się „z urzędu”.
  2. Skłócone środowisko, które opluwa się nawzajem. Konieczność stawania pomiędzy dwoma „nielubiącymi się” grupami i albo godzenia ich, albo z przymusu opowiadania się za jedną z opcji.
  3. Brak woli współpracy jako społecznik. Wynikający albo z roszczeniowego podejścia albo po prostu z lenistwa. Ludziom często nie chcę się dać czegoś od siebie i czekają na załatwienie problemu przez kogoś innego.
  4. Brak jakiejkolwiek wdzięczności. Dość często zdarza się, że osoba robiąca coś dla środowiska nie słyszy nawet prostego „dziękuję”, choć akurat jeżeli nic nie słyszy to i tak jest dobrze bo..
  5. Publiczne obelgi i bezpodstawna krytyka. .. bo może się na siebie srogo nasłuchać. Czy po jakimś błędzie, czy na skutek niezrozumienia, że nie wszytko się da. Każdy powód jest dobry aby komuś publicznie naubliżać.
  6. Odrzucenie. Na koniec wisienka na torcie. Czasami zdarza się, że społecznika głaska się do puki jest on potrzebny do pewnych celów. Gdy przestaje, takiemu człowiekowi daje się w prezencie kopa w rzyć i mówi „Spadaj, sam żeś się zgłosił do pomocy. Nikt ciebie o nic nie prosił”.

Na koniec. Pamiętacie tą historię o szkoleniu paralotniowym z akapicie o Akademickim Klubie Lotniczym? Po co o nim w ogóle po wtóre wspominam i co takiego się tam wydarzyło?

Naszą wspaniałą grupkę dowoziłem na szkolenie samochodem wziętym z domu.  Stary Opel Vectra A 1.8i (polift). Włączający się tryb awaryjny skrzyni biegów, wywalona uszczelka pod głowicą, ciśnienie w układzie chłodzenia itp). Najczęściej to ja płaciłem za paliwo, bo moi koledzy mieli najwyżej 15 pln żeby się dorzucić. Sam oczywiście nie latałem, bo albo na mój sprzęt nie było już miejsca albo po prostu warunki były typowo szkoleniowe bez szans na zabranie się. 15 zlota z wyciągarki nie chciało mi się robić. Wszystko było miej więcej fajnie do momentu w którym zaczęły do mnie spływać pewnie niepokojące informację. Pierwszą z nich było to, że koledzy z klubu nie mając jeszcze swoich uprawnień próbowali samodzielnie latać na sprzęcie uczelnianym. Żeby było jeszcze ciekawiej to dowiedziałem się, że latali w warunkach w których doświadczeni piloci siedzieli grzecznie na ziemii. W słuchawce telefonu usłyszałem: „Ej weź coś z tym zrób, bo normalnie rzeź” 

No i zrobiłem. Wziąłem zainteresowanych na pogadankę i w żołnierskich słowach wytłumaczyłem: „Jak twoja matka ma wywalić 50 tysięcy żebyś sobie zrobił PPLa i nalot, żeby dostać się na pilotaż, to będzie miała dać  adwokatowi i sądzić się z uczelnią jak się ubijesz przez własną głupotę. Ani ja, ani Wiesiek (opiekun naukowy) nie mamy zamiaru biegać to Rektora na dywanik i tłumaczyć się, bo na pierwszej stronie w Nowinach (lokalna gazeta) było zdjęcia trupa studenta ze skrzydłem z reklamą politechniki. Albo się dostosujecie i będziecie robić co każe albo wynocha.”

Po czym usłyszałem od osoby trzeciej, że za plecami srogo obrabia mi się rzyć bo: „Czepiam się”, „sam nie potrafię tak latać i zazdroszczę”. I taka to była wdzięczność za to, że załatwiłem im kurs paralotniowy, zniżkę, instruktora i jeszcze ich na to wszystko woziłem.

Powoli dochodzę do wniosku, że jednak jestem frajerem…

 

Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 3 — Co ludzie powiedzą

Ten odcinek jest kontynuacją poprzedniego. W części 2 skupiłem się na odczuciach pilota związanych wyłącznie z samym lotem. Na początku postawiłem pytanie „Dlaczego paralotniarz lata?”. Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie jednak nie zostało podana. Z perspektywy tych kilku tygodni od publikacji poprzedniego tekstu można prędzej powiedzieć, że opisałem dlaczego paralotniarz może przestać latać 😉

Kolejnym aspektem jest oddziaływania paralotniarstwa jako sportu i paralotniarza jako człowieka z resztą społeczeństwa. Często postrzeganie w jedną i drugą stronę różni się diametralnie ku niekiedy wielkiemu zdziwieniu, przeważnie strony paralotniowej. Ma to związek między innymi z różnymi pobudkami, którymi kierują się ludzie wchodzący w ten sport, jak również z różnymi (często błędnymi) wyobrażeniami jak to paralotniarstwo tak naprawdę wygląda.

Kadr z brytyjskiego serialu "Co Ludzie Powiedzą" (tytuł oryg: "Keeping up Apperances"
Kadr z brytyjskiego serialu „Co Ludzie Powiedzą” (tytuł oryg: „Keeping up Apperances”)

Zanim jednak przejdziemy do konkretów popatrzmy na sport w ogóle. Idea kultury fizycznej, uprawiania sportu i rywalizacji jest tak stara jak nasza cywilizacja. Warto przypomnieć (choć jest to chyba oczywiste), że już w starożytnej Grecji przykładano bardzo dużą uwagę nie tylko do edukacji i nauki, ale również właśnie do sportu. Zresztą sama idea igrzysk olimpijskich pochodzi właśnie ze starożytnej Grecji, a występująca w nazwie Olimpia to miejscowość na półwyspie Peloponeskim.

Czytaj dalej Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 3 — Co ludzie powiedzą

Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 2 — Psychiatria sportów ekstremalnych

… Przypadki beznadziejne i trudno rokujące.

W pierwszej części napisałem nieco o (nie)bezpieczeństwie paralotniarstwa. Omówienie ze szczegółami co i w jakich okolicznościach może stać się z paralotnią wymagało by ogromnej ilości tekstu i wiedzy, która wykracza nieco poza to w czym ja czuje się mocny. Tematy typu wędrówka środka parcia, rozkład siły unoszenia na profilu, Cx, Cz itp. itd. to nieco skomplikowana tematyka. Do pipcenia na Javcu, Skrzycznem i Straniku nie jest ona absolutnie niezbędną, zresztą nie chodzi mi nikogo o zasypywanie wszystkich trudną terminologią a raczej poruszenie trudnych tematów 🙂

https://demotywatory.pl/3369199/Trudne-Sprawy
https://demotywatory.pl/3369199/Trudne-Sprawy

Mój poprzedni post zakończył się pytaniem: „Dlaczego paralotniarz lata”. Oczywiście nie chodziło tu o te wszystkie Czty i Cxy albo inne takie tam. Chodzi tu o aspekt psychologiczny (a w niektórych przypadkach zahaczający o psychiatrię). Postaram się tu odpowiedzieć na to jak ja traktuję latanie ze swojej perspektywy, jak ta perspektywa zmieniała się na przestrzeni lat. Zajmę się tym z czym sam się zmagałem w mojej głowie oraz tym z czym mogą zmierzyć się początkujący paralotniarze i inni niedzielni latacze. 

Zaczynając od początku. Ostatnio ustaliliśmy, że latanie na paralotni nie jest w cale tak bezpiecznie jak jest reklamowane. Paralotniarz chcąc, nie chcąc musi zmagać się z bezwzględnymi siłami przyrody i toczyć pewną walkę, którą może w pewnych okolicznościach przegrać. Celowo nie podawałem tam ani nawet nie próbowałem podawać żadnych statystyk. Chodziło o wydobycie z czytelnika pewnej pierwotnej refleksji i zastanowienia się nad tym co tak naprawdę motywuje go do latania (zakładałem target około paralotniowy). Liczby chyba skłoniły by do odrzucenia pewnych faktów, gdyż zawsze można by powiedzieć, że „ryzyko wypadku czy śmierci jest na tyle małe, że mogę o tym w ogóle nie myśleć”

Czytaj dalej Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 2 — Psychiatria sportów ekstremalnych

Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 1 – Bezpieczeństwo

Mój poprzedni wpis luźno zahaczał o moją błyskotliwą karierę pilota od momentu przeprowadzenia się do Bielska-Białej. Obiecałem tam, że pociągnę ten temat dalej i podzielę się tymi i owymi przemyśleniami z tych kilku lat w których siedzę w tym sporcie.

Jakiś czas temu, zamieszkały w Świętokrzyskiem Zbigniew Gotkiewicz napisał pewną pozycję książkową w temacie paralotniarstwa. Szczerze powiedziawszy nigdy nie miałem okazji na nic więcej niż pobieżne przekartkowanie tejże, ujął mnie jednak jej tytuł „Suma Wszystkich Błędów”. Tytuł idealnie pasujący do mnie 🙂

Ale dlaczego całka? Suma to dość proste działanie, ograniczone do dyskretnych operandów. Ściśle określonym zbiorze liczb, całkowitych bądź zmiennopozycyjnych które chcemy do siebie dodać. Ilość błędów (przynajmniej moje) w paralotniarstwie to jednak przebieg analogowy, zmienny w czasie. Raz tych błędów popełnia się mniej, raz więcej ale cały czas jest to funkcja ciągła 🙂 Aby to ładnie posumować trzeba by tu policzyć całkę oznaczoną, czyli pole powierzchni pomiędzy krzywą wykresu funkcji a osią czasu (osią OX).

No ok, serio to po prostu tytuł jest luźnym nawiązaniem do tego co napisał kiedyś ZG, choć tutaj chodzi o moje i tylko wyłącznie moje błędy…

Czytaj dalej Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 1 – Bezpieczeństwo

Rok w Bielsku

Zbliża się 1 sierpnia, czyli pierwsza rocznica mojej pracy w Bielsku-Białej. Przeprowadzka na Podbeskidzie była w zasadzie wywróceniem mojego dotychczasowego życia do góry nogami i zaczęciem wielu rzeczy całkowicie od nowa. Człowiek jest z definicji istotą zdecydowanie leniwą i raczej dąży ku temu aby mieć święty spokój a nie wystawiać się pod wiatr na coraz to nowsze wyzwania. W moim przypadku dotarłem jednak do tego etapu w którym trzeba było wykorzystać moment zgodnie z zasadą „teraz albo nigdy”.

Preconditions czyli warunki wstępne i tło historyczne

Urodziłem się w Rzeszowie w 1990 roku i spędziłem tam 27 lat swojego życia. Kumple z pracy już przyzwyczaili się do regularnych wspominek o tym mieście i całym regionie Podkarpacia z doklejonymi epitetami: „zaścianek”, „prowincja”, „zadupie”, „Panie a w Rzeszowie to….. (..)”. Do tego historie medialnie o tym kto miał ile promili, kto szmuglował kontrabandę w Korczowej a kto tankował gazem samochód który miał wymontowaną z instalacji butlę na LPG.

Oczywiście najczęściej fakty są nieco podkoloryzowane i naciągnięte aby w dość prześmiewczy sposób opowiedzieć o pewnych regionalizmach i przywarach jakich pełno w każdej części kraju. We wszystkim jest jednak solidny fundament niezaprzeczalnych faktów, które ostatecznie skłoniły mnie do tego aby poszukać szczęścia u sąsiadów za miedzą.

Pierwszą pracę dostałem w październiku 2014, cztery miesiące po ukończeniu studiów na polibudzie Rzeszowskiej. Pracę tą zorganizowała mi zresztą ta sama politechnika w ramach jakiegoś projektu staży dofinansowanych z UE. Przez ponad 2 lata pracowałem w pewnej korporacji budowlanej, a dokładanie w polskim oddziale hiszpańskiej korporacji skoncentrowanej raczej na krajach hiszpańskojęzycznych. Co ciekawe pracowałem tam jako ktoś w rodzaju wdrożeniowca od telekomunikacji / IT. Wprawdzie w papierach miałem wpisane „inżynier budowy” ale moje obowiązki sprowadzały się do ogarniania wszystkiego co związane z siecią teleinformatyczną (komputerową) którą firma budowała w ramach kontraktu dla miasta. Jako wszystko mam tu na myśli rzeczy od pisania dokumentacji, konfigurowanie i montaż urządzeń na obiektach, nieco pracy wysokościowej itp itd.

Nastał jednak rok 2017. Nie wszystko szło tak jak powinno i nie wchodząc w szczegóły moja praca coraz mniej przypominała pierwotne założenia. Coraz bardziej widziałem, że przyszłości to nie ma i trzeba jak najszybciej rozglądać się za czymś nowym puki moja umowa o pracę jeszcze obowiązuje. Cały Czerwiec 2017 spędziłem na delegacji w Warszawie jako pełniący obowiązki dyrektora IT całego oddziału na Polskę 🙂 Jak do tej pory ciężko mi było myśleć o ruszeniu się z Rzeszowa, to ta delegacja otworzyła mi oczy i pokazała że trawa za miedzą jest bardziej zielona.

Postanowiłem więc zaktualizować swoje CV i zacząć szukać nowej pracy. Warunki ku temu miałem całkiem niezłe, jako p.o. Dyrektora IT miałem swój własny gabinet w którym mogłem bez przeszkód odbywać rozmowy telefoniczne z rekruterami 🙂  Któregoś dnia trafiłem na ogłoszenie takie jak to: https://zfjobs.jobs.net/pl-PL/job/programista-c/J3V3HW5W2QB0P90T4N2 . Zobaczyłem napis „Miejsce pracy: Bielsko-Biała” i bez wahania wysłałem CV.

Bielsko-Biała nowe porządki

Po kilku dniach zadzwoniła jakaś dziewczyna z TAC (Talent Acquisition Centre) z Częstochowy. Potem zadzwoniła moja aktualna koleżanka z pracy z BB 🙂 Ostatecznie, 27 czerwca 2017 szykując się do startu z północnego startowiska na Żarze dostałem telefon z Bielska, że moja oferta pracy została przyjęta i zgodnie z ustaleniami mogę zacząć 1 sierpnia jeżeli z mojej strony nic się nie zmieniło.

To był ten dzień w którym wszystko zmieniło się o 180 stopni. O pracy i życiu w Bielsku myślałem już dawno temu, dokładanie gdzieś od 2011 roku, kiedy zacząłem latać na paralotni. Wtedy gówniarzerska fantazja i początkowe zauroczenie lataniem kazało mi podporządkować wszystko jednemu celowi, mieć jak najlepsze warunki do latania jak najbliżej siebie. Czas mijał  i proza weryfikowała coraz to kolejne założenia. Osobiste preferencję zmieniały się, a na sam koniec przy okazji intensywnej eksploracji Bieszczadów i Beskidu Niskiego coraz bardziej wiązałem się z Podkarpaciem i jak wspomniałem wcześniej coraz bardziej nie chciało mi się stąd ruszać.

Gdy więc przemogłem się do opuszczenia rodzinnych stron i zacząłem szukać  nowego miejsca pierwszym i podstawowym warunkiem były góry. Musiały być blisko, bo ja na nizinie nie dałbym rady 🙂 Kolejnym warunkiem była konkretna praca jako programista. Tu poszukiwania ograniczały się do Krakowa, Katowic czy Wrocławia. Sudety i Karkonosze uwielbiam, Jelenia Góra to ładne miasto ale niestety nie bardzo daje jakąkolwiek pracę w IT. Szczerze powiedziawszy bardziej nastawiałem się na Wrocław z racji na bliskość Sudetów i gdyby nie udało się w BB to pojechał bym właśnie tam. No ale na szczęście się udało.. 🙂

Miasto

Bielsko-Biała jest miastem nieco większym terytorialnie niż Rzeszów i o zbliżonej liczbie mieszkańców. Ciężko ustalić dokładne proporcję, gdyż duży procent mieszkańców grodu nad Wisłokiem to przyjezdni studenci, którzy po uzyskaniu mniej lub bardziej bezwartościowego dyplomu czym prędzej uciekają dalej w świat. W Bielsku jest o tyle łatwiej, że studentów i uczelni wyższych w zasadzie tu nie ma. No nie, przepraszam…. Jest coś co nazywa się Akademia Techniczno-Humanistyczna ale ta nazwa mówi raczej sama za siebie…. Pierwszą zaletą Bielska, którą odczułem jest płynność ruchu i łatwość przemieszczania się. Tak oczywiście, rdzenni mieszkańcy narzekają jakie tu nie są korki, nie chcę być jednak uszczypliwy ale za przeproszeniem g prawda. Serdecznie zapraszam na południową obwodnice Rzeszowa pomiędzy godziną 15 a 16 🙂 Rekord to 45 minut na pokonanie samochodem 8~9km, które dzieliły biuro z moim mieszkaniem. Szybciej udawało mi się zajść na piechotę… Bielsko ma obwodnicę z prawdziwego zdarzenia, droga ekspresowa z trzech stron miasta ze słynnym „zakrętem idiotów”. Dwie główne ulice idące przez miasto z południa na północ, plus aleja Andersa idąca w stronę Hulanki, Starego Bielska i dalej na ekspresówkę. Tu naprawdę rzadko kiedy trzeba stać więcej niż dwie zmiany świateł…

Koneserem architektury nie jestem ale Bielsko jest po prostu ładne. Bielsko ma bardzo długą historię i nazywane jest często „małym Berlinem” co nawiązuje to czasów kiedy mieszkała tutaj bardzo liczna mniejszość niemiecka (oczywiście przed II WŚ). Przy okazji trzeba wiedzieć, że do 1951 roku Bielsko i Biała były dwoma osobnymi miastami, dlatego starówki też mamy dwie. Jedną w Białej (na wschód od rzeki) a drugą w Bielsku (na zachód od rzeki). Sama starówka w Bielsku to faktycznie starówka. W Rzeszowie tzw. „stare miasto” ogranicza się w zasadzie wyłącznie do rynku i powiedzmy kawałka ulicy 3 maja. Zaraz obok stoją bloki z lat 60~70 tych i dwa wysokie wieżowce biurowe, galeria handlowa i siedziba IPN. Stojąc na samym rynku w Rzeszowie mam jakieś nieodparte wrażenie, że niby to stare miasto ale jednak nie do końca. Kilka lat temu postawili tam nowy hotel, który wprawdzie jest stylizowany w sposób mający wtapiać się w resztę zabudowy no ale to tylko stylizacja… Żadna, nawet najbardziej misterna tabeta tapeciary nie zmieni faktu, że jest tylko tapetą na tapeciarze – ot taka prosta analogia.

Bielsko nie ucierpiało w zasadzie prawie w ogóle podczas II WŚ i przemarszu frontu wschodniego. Wermacht wycofał się z tego rejonu w zasadzie bez wystrzału, dlatego Armia Czerwona po prostu weszła do Bielska bez prowadzenia walk, które zapewne obróciły by miasto w ruinę.

Największą jednak zaletą Bielska jest to, że jest to prawdziwe „Miasto w Górach” jak brzmi zresztą jego slogan reklamowy. Widać to chyba po wszystkich zdjęciach które się tutaj przewijają 🙂 Mieszkając w Bielsku żeby pójść w góry wystarczy wyjść na plac, pofatygować się 20 minut piechotą, względnie podjechać autobusem MZK i już się jest na szlaku w Beskidzie Małym bądź Śląskim. Skrzyczne i Szczyrk jest 10km w linii prostej o jakieś 20 minut jazdy samochodem, oczywiście o ile nie ma najazdu turystów / narciarzy z całej Polski. Szyndzielnia, Klimczok i Kozia Góra leżą administracyjnie w granicach miasta, tak samo jak Groniczki i Przełęcz Przegibek w Beskidzie Małym. Jeżeli kogoś kręcą sporty wodne to kilkanaście km na południe jest zbiornik w Tresnej (aka jezioro Żywieckie) a na północ Zbiornik Goczałkowicki. Dla speleologów jest kilka (kilkanaście?) jaskiń w Beskidach i speleoklub w BB przy ulicy PCK. Narciarzy zainteresuje nowo otwarty Szczyrk Mountain Resort, czy działający już od kilku lat (??) Beskid Sport Arena, fakt że drogo no ale jest i to blisko. Idzie zaoszczędzić paliwo na dojazdach.

Wszystko to ma jeden wspólny mianownik. Miasto w którym da się żyć i da się normalnie pracować za godziwą stawkę. Moje byłe już na szczęście miasto czyli Rzeszów szczyci się wprawdzie ogromnym rozwojem i rzekomą nowoczesnością. Posłużę się jednak zapewne dość drastyczną analogią: „Jak gówno przykryje się kwiatkiem to nie zmieni to faktu, że dalej będzie coś śmierdzieć”. Oczywiście prezydent Ferenc od niezliczonej ilości kadencji dba żeby bez ładu i składu deweloperzy budowali w Rzeszowie gdzie popadnie i co popadnie. Oczywiście dba żeby trawka była zielona i równo wystrzyżona a ulice nowe i szerokie, powstaje jednak pytanie: „Tylko co z tego”. Co z tego jak ludzie dalej pracują tu za śmieszne stawki, na umowach śmieciowych u polskich januszy biznesu, u których rzeczy typu ukrywanie wypadków przy pracy czy szantażowanie pracowników to norma. Do tej pory, niektórzy moi koledzy z czasów studenckich i szkolnych żyją na garnuszku rodziców, bo zwyczajnie nie stać ich na to żeby się usamodzielnić. Absolwenci studiów wyższych tyrają kolejny już rok za minimalną krajową albo stawki niewiele wyższe i to z okropną świadomością, że nie ma za bardzo szans na więcej. To co w Rzeszowie irytowało mnie najbardziej to nieustannie wyczuwane kompleksy: „Jesteśmy zadupiem i zaściankiem ale za wszelką cenę pokażmy tym Warszawiakom albo ukrytej opcji niemieckiej ze Śląska że my nie som gorsi!”. Przykładem najbardziej jaskrawym jest maniakalne dążenie prezydenta Ferencja to porzeżania granic miasta za wszelką cenę. Referenda odbywające się w ościennych gminach od ponad 10 lat, które od ponad 10 lat jednoznacznie pokazują zdecydowany sprzeciw mieszkańców okolicznych wsi. Ale po każdej porażce prezydent musi wszystko zaczynać od nowa, robiąc z siebie i z Rzeszowa pośmiewisko nie mówić już o wydawanych na te cele pieniądzach.

Bielsko-Biała a szerzej Śląsk: Górny, Opolski czy Dolny nie musi się uciekać do takich tanich kitów, bo jest marką samą dla siebie która nie potrzebuje się bronić…

Praca i pieniądze

Góry górami ale wiadomym jest, że nie da się nimi najeść. Głównym celem mojego przyjazdu do Bielska jest chęć robienia kariery i zarabianie pieniędzy. Podczas studiów silnie kierowałem się w stronę automatyki i systemów embedded. Relatywnie dużo programowałem w języku C i trochę w assemblerze na procki typu Intel 80C51 czy STM32 Cortex-M3. Jednocześnie byłem nastawiony na telekomunikację i teleinformatykę, routingi, OSPFy i inne tałatajstwa. Podstawowym jednak problemem był brak naprawdę dobrej znajomości technologii typu Cisco, Fortinet, Juniper itp. Rzeczy, których nie da się ogarnąć w domowym zaciszu, bo nie da się kupić sobie sprzętu za grubo ponad 10k PLN tylko do testów. Oczywiście do tego typu sprzętu miałem dostęp i robiłem takie rzeczy w pracy ale to chyba wciąż nieco za mało.

Przy okazji zacząłem coraz bardziej przekonywać się do coraz bardziej wysokopoziomowej technologii. Najpierw (jeszcze na studiach) przeprosiłem się do języka C++. Po wizycie w Motoroli na dniach otwartych dostałem zderzenie ze ścianą i zobaczyłem co tak naprawdę trzeba umieć aby móc myśleć o czymś konkretnym.

Potem przyszła kolej na technologię Java. U byłego pracodawcy bardzo dużo się pozmieniało, w zasadzie zostałem „przejęty” przez ówczesnego dyrektora  ds. rozwoju biznesu całego polskiego oddziału korporacji, który bardzo chciał stworzyć nowy produkt w postaci systemu do obsługi strefy płatnego parkowania. Czasu było bardzo mało a wymagania były spore. Niejako z przymusu musiałem (musieliśmy z kolegą)  nauczyć się Javy gdyż ona gwarantowała szybkie i bezbolesne posługiwanie się bazami danych i WebSerwisami. To wtedy zrozumiałem, że naprawdę duże pieniądze leżą właśnie w pracy jako programista.

Tu też nieco obejdę od konkretnie mojej pracy jako programista i postaram się bardziej ogólnie przybliżyć temat tej branży. Po pierwsze i najważniejsze należy zdementować często powtarzany slogan „Programista zarabia 10 000 pln do ręki”. GÓWNO PRAWDA! Wprawdzie nie do końca mógłbym tu podać konkretną kwotę którą zarabiam ale jest to suma zdecydowanie,  zdecydowanie mniejsza niż ta wskazywana na Wykopach i innych tego typu miejscach w Internecie. Oczywiście nie zarabiam mało, dostaję dużo więcej niż minimalna krajowa i więcej niż zarabiałem w Rzeszowie. Nie jest to jednak w dalszym ciągu kwota, którą można uznać za dużą i nie jest to tyle ile zarabiają polscy budowlańcy, spawacze itp za zachodnią granicą. Po prostu w Rzeszowie dostawałem aż tak mało, stąd taka różnica. Pod koniec mojej obecności w Rzeszowie widziałem ogłoszenia o pracę w Lidlu i Biedronce gdzie pojawiały się kwoty wyższe niż moje ówczesne pobory.

Czy moja praca jest lekka? Oczywiście, że NIE. Kolejnym pokutującym stereotypem o zawodach IT jest to, że w zasadzie te 10 000 dostaje się praktycznie za nic. Za „siedzenie i klikanie” albo oglądanie YT. Oczywiście tak nie jest. Praca jako programista, czy tez bardziej fachowo inżynier oprogramowania jest dość wymagającym zajęciem umysłowym. Każdy z nas musi cały czas poruszać się na dość wysokim poziomie abstrakcji. Oprogramowanie jest tworem wirtualnym, którego nie da się w żaden sposób namacalnie dotknąć i zbadać dokładnie jego działania. Oczywiście są odpowiednie narzędzia nazwane debuggerami, które umożliwiają uruchomienie tworzonej aplikacji w kontrolowanym środowisku. Umożliwiają w zasadzie dowolne podglądanie i zmianę zawartości pamięci, wartości zmiennych, pauzowanie działania programu w konkretnym miejscu itp. Nie dają one jednak zawsze pełnej kontroli nad wszystkim, natomiast debuggery sprzętowe do pracy z mikrokontrolerami działają czasami po prostu źle, bo nie da się w pełni kontrolować tego co dzieje się w zaawansowanych układach sprzętowych.

Nawet jeżeli już wymyśli się architekturę aplikacji, która będzie w najlepszy sposób realizowała wymagania, nawet jeżeli zaprojektuje się odpowiednie struktury danych i algorytmy, które będą na tych danych operować to wszystko należy przelać na język programowania. Przelać i zrobić to maksymalnie bez błędu! Podstawowym założeniem procesu testowania oprogramowania jest to, że nigdy nie da się powiedzieć że oprogramowanie jest wolne od błędów. Można jedynie stwierdzić, że osiągnięty został odpowiedni poziom zaufania do tego oprogramowania albo, że poziom ryzyka związanego z ujawnieniem się na produkcji nowych błędów zmalał poniżej dopuszczalnego.

Praca programisty to ciągła walka z używaną przez niego technologią i z wymaganiami, które stawia klient czy też inny docelowy użytkownik aplikacji. Wymagania, które mogą wydawać się klientowi proste i oczywiste mogą być piekłem programistycznym. Czymś trudnym do implementacji i późniejszych testów. Przy tworzeniu softu zawsze, ale to zawsze wkradają się jakieś błędy, również bardzo poważne które prowadzą do awarii oprogramowania. Pół biedy, jeżeli te błędy są powtarzalne i ich wystąpienie można łatwo odtworzyć w jasny i konkretny sposób. Jeżeli jednak program sypie się losowo i za bardzo nie wiadomo dlaczego tak robi, to zaczyna się robić gorąco.

Praca programisty to też ciągła walka z terminami. Pół biedy jeżeli jest to np. oprogramowanie do wykorzystania w przemyśle, czy też oprogramowanie przeznaczone do kontrolowania jakiegoś urządzenia (typu pralka). Tu o dziwo można jeszcze dogadać się z klientem i przesunąć termin. Wszak najważniejsze jest poprawne i niezawodne działanie linii produkcyjnej, czy rzeczonej pralki w której nie będzie się dało potem wgrać aktualizacji. Ale jeżeli ktoś pracuje przy produkcji gier, czy oprogramowania użytkowego albo jest np. programistą w technologiach internetowych, to tu jest ostra jazda bez trzymanki. Termin może być świętością, której nie da się przesunąć ani o minutę. Klienci oczekują pojawienia się jakiejś gry, programu czy jakiejś funkcjonalności na stronie internetowej i tyle. Lepiej nie myśleć o nie dochowaniu terminu, bo aż strach….

Praca programisty to ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji. Tu nie da się osiąść na lurach. Technologie i języki programowania zmieniają się na bieżąco. Z jednej strony to co było kiedyś powszechnie używane teraz odeszło już do lamusa, z drugiej strony nawet kolejne wersje tego samego standardu często wprowadzają modyfikację, które trzeba poznać. Kolejne wersję bibliotek różnią się od siebie i nawet szukając przykładów gotowego kodu w internecie można się naciąć, że niektórych rzeczy już po prostu nie ma.

Po latach doświadczenia w branży można dotrzeć do tych mitycznych „10k PLN miesięcznie do ręki”, są ludzie którzy zarabiają nawet 12 albo 13 tysięcy miesięcznie netto. Dużo wcześniej dociera się do momentu w którym w zasadzie pracę nie wybiera się tylko pod kątem zarobków ale pod kątem dodatkowych benefitów. Pierwszym z nich jest elastyczny czas pracy, czyli rozliczanie godzin pracy wyłącznie w skali miesiąca. Programista może mieć dużą dowolność o której przychodzi do pracy a o której z niej wychodzi. Programiści wybierają też pracę pod kątem projektu w którym będą pracowali. Część osób np chcę wejść od razu w jakiś nowy projekt, w którym będzie miała duży wpływ na to jak będzie on wyglądał, a przede wszystkim uniknie się utrzymywania potencjalnie niezbyt dobrej jakości kodu

Jak to się przekłada na mnie? Nie zaprzeczam i wielokrotnie mówiłem, że fakt że jestem w BB można nazwać „Złapaniem Pana Boga za nogi”. Udało mi się wyrwać z prowincjonalnego miasteczka w wielki świat, gdzie czeka na mnie potencjalnie świetlana przyszłość i duże pieniądze. Czy było łatwo? Nie. To nie jest tak, że ja po prostu pojechałem na rozmowę do Bielska i po prostu zostałem przyjęty. Najpierw oczywiście należało przezwyciężyć własne lenistwo i „jest chujowo ale stabilnie”. Jednak z technicznego punktu widzenia, dotarcie do etapu w którym mogłem uciec z Rzeszowa do BB trwało lata. Lata ślęczenia wieczorami i nocami nad kodem źródłowym własnych projektów. Wąchanie smrodu cyny i topnika, wyjazdy na różnego typu obiekty telekomunikacyjne na montaże i serwisy stacji pogodowych, retransmiterów itp itd.

Tak naprawdę to, że jestem gdzie jestem i pracuję gdzie pracuje to w pewnym sensie nie początek, ale tak naprawdę zwieńczenie pewnego długiego procesu i nagroda za moją ciężką pracę. A jak to jest jak się już do tego etapu dotrze? Szczerze powiedziawszy, to nic szczególnego. Kiedy widać, że w dużym stopniu osiągnęło się coś co planowało się od dłuższego czasu przychodzi tylko krótka refleksja.. „ok… hm… i co dalej?” Często już samo gonienie króliczka jest bardziej ciekawe niż jego złapanie.

Latanie (swobodne)

Jednym z istotnych powodów dla których wybrałem BB była chęć powrotu do latania swobodnego. Po prawie półtora rocznej przerwie spowodowanej przyczynami obiektywnymi i formalnymi coś we mnie tknęło. Zrozumiałem, że wyrok pod tytułem „paralotnia” jest dożywotni i nie da się tak po prostu przestać latać, zapomnieć o tym wszystkim i już nigdy nie wrócić – prędzej czy później znowu zaczyna ciągnąć w górę. Zamiast mówić „były paralotniarz” należało by raczej mówić „paralotniarz na stand-by”, który czeka na odpowiedni moment albo okoliczności życiowe.

Przemogłem się więc. Pomógł mi w tym zdecydowanie napęd do PPG i próba totalnej konwersji w stronę lotów z napędem (o tym później). Gdy jednak jechałem w okolice Bielska na szkolenie z przezorności wziąłem też sprzęt do swobodnego. W tamtym czasie (czerwiec 2017) miałem już dobrze ponad rok bez jakichkolwiek lotów, byłem raczej nakręcony na brzęczenie ze śmigłem za plecami i sam nie wiedziałem po co biorę tą uprząż i czy w ogóle będę chciał startować. Loty z napędem odbywały się albo rano albo wieczorem a w ciągu dnia nie miałem nic za bardzo do roboty. Z braku laku pojechałem więc z moim instruktorem na Żar, gdzie odbyłem pierwsze loty po dłuuugiej przerwie. Nie było to nic szczególnego, w zasadzie może 15, może 20 minut udało mi się wtedy utrzymać w powietrzu. Byłem nawet nieco zadowolony z tych lotów (no bo zlot to nie był) ale nie jakoś do przesady. Cały czas byłem raczej nastawiony na ten napęd i przewidywałem wtedy, że większość nalotu rocznego to będzie właśnie PPG.

Zdecydowana zmiana przyszła dopiero na Straniku, 30 września 2017. Wtedy na mojej starej Tequili, przeważonej o 10kg ponad maksymalną masę startową udało się polatać dobrze ponad godzinę i to w kominach do 4m/s! Rzecz raczej nietypowa o tej porze roku! To mnie nakręciło do bardziej zdecydowanego działania.

Przede wszystkim postanowiłem zmodernizować nieco sprzęt. Stara tequila za bardzo już się do latania nie nadawała, przede wszystkim ze względu na nieco nieoczekiwany wzrost mojej masy startowej. Była to też po prostu przestarzałą konstrukcją, która coraz bardziej odstawała od tego na czym obecnie się lata. Ostatecznie wylądował u mnie Service Pack 4 do niej, czyli tak naprawdę czwarta generacja tej linii glajtów w stanie lekko używanym. Oczywiście na fabrycznie nowe skrzydło nie mogłem sobie pozwolić, a aby zakupić używanego za sumę ponad 6k PLN musiałem się skredytować. Miałem wtedy kaca moralnego, że biorę w banku pożyczkę na coś takiego ale z drugiej strony historia kredytowa i tak będzie mi potrzebna to czemu by nie…

Nastał więc sezon lotniczy 2018 a ja byłem nakręcony  jak szczerbaty na suchary. Plany miałem ambitne, w końcu jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Nieskromnie zakładałem że w końcu uda się zrobić jakieś 30 godzin rocznie nalotu i w końcu zacząć regularnie próbować latać na przeloty ze Skrzycznego, głównie aby uniknąć konieczności lądowania na Kaimówce w Szczyrku. No i…… No iiii… Dupsztal 🙂

Na chwilę obecną, mój nalot roczny wynosi może skromne 10 godzin a może nie i jakoś nie wygląda aby ten stan miał się szybko zmienić 🙂  Zaczęło się może i całkiem nieźle, bo pierwsze wyjazdy na Stranik koło Żyliny zaliczyłem końcem marca (patrz poprzednie zdjęcie) ale intensywny stan nie trwał jakoś długo. Faktycznie przez cały kwiecień jeździliśmy w zasadzie co weekend (raz nawet sobota + niedziela) a i w tygodniu po robocie zdarzało się wyrwać na Żar albo Jaworowy. Nie wiem ile nalotu z tego zostało, bo obiecałem sobie nie używać nawigacji GPS (a dlaczego może kiedyś napiszę). Standardowo można przyjąć, że jeden wyjazd = jeden lot o długości gdzieś około 50 minut do godziny.

Ile dokładnie tych wyjazdów było i w które dni tego już nie pamiętam, bo jak wspomniałem nigdzie tego nie odnotowywałem (czasami mam jakieś zdjęcia). Można powiedzieć, że połowa to były weekendy a połowa w tygodniu po robocie, bo z pewnych względów urlopu na latanie nie chce brać. W pamięci mojej i komputera (zdjęcia) zapadł tylko 14 kwietnia na Javo głównie dzięki temu, że termika pomiędzy 12 a 14 była tak sroga, że niektórym zamykało skale na wariometrach. Po raporcie z powietrza, że noszenia do +10m/s albo +6m/s nie jeden lepszy ode mnie grzecznie się odszpeił i powrócił do parawaitingu 🙂 Ja odpaliłem się o 16:30 i polatałem z pół godziny

Ostatni epicki lot przez wielkie L to był 28 albo 29 kwietnia 2018 na Straniku. Pierwszy i jak do tej pory jedyny raz (a w zasadzie kilka razy przy jednym locie) zaliczyłem w tym roku podstawę. Wystartowałem gdzieś koło 14:30~15 ale warun był taki, że w zasadzie przez dobrze ponad 2 godziny nosiło absolutnie wszędzie i wszystko. Wylądowałem gdzieś po 2 godzinach z kwadransem i……. To by było na tyle na ponad półtora miesiąca.

Połowę maja nie było mnie w ogóle w Bielsku, bo dużo i często jeździłem do Karpacza. Kolejne loty po tym Straniku były dopiero 17 czerwca (jakieś skromne pół godziny na niezbyt przyjemnym turbożaglu), potem 19 czerwca godzina i 20 czerwca sam zlot… I… znowu przerwa tym razem głównie przez pogodę ale też kilka innych rzeczy o których przy innej okazji. Ostatnie jak dotąd loty to 22 lipca, czyli z miesięczną dziurą na całe dnie z deszczem od rana do wieczora.

Naturalnie tak duże przerwy w lataniu nie są dobre. Za każdym razem trzeba się trochę od nowa „rozlatywać”, za każdym razem trzeba przełamywać większe opory przy starcie i więcej wojować z głową. Jednak tak czy inaczej widać, że z taką frekwencją 30 godzin i przeloty można sobie spokojnie odłożyć na półkę z bajkami 🙂 Nie wiem ile jeszcze uda się polatać do końca sezonu ale patrząc na pogodę i inne czasochłonne zajęcia raczej na pewno nie 20 godzin 🙂

Z drugiej strony przy moich założeniach taki obrót sprawy nie jest jakoś specjalnie dziwny. Z racji na inne (również sportowe i również lotnicze) zajęcia zaraz po zimie wpisałem sobie w plan, że ani nie biorę urlopów na latanie, ani nie jeżdżę na wyjazdy do Włoch czy na Słowenię (co jedno z drugiego wynika). Pieniądze i urlop oszczędzają się na następną zimę… 

Aaa i jeszcze jedno. W planach był też SIV, czyli trening bezpieczeństwa połączony z podstawową akrobacją. Cały czas jestem nakręcony na spróbowanie wingoverów ale oczywiście bez instruktora-akrobaty to trochę strach 🙂 De facto to pewnie by mi to pomogło na kilka moich standardowych „ale” typu niechęć do latania w mocnym wietrze, niechęć do latania w bardzo mocnej i turbulentnej termice itp.. No ale nie da się wszystkich srok za ogon na raz złapać.

Latanie z napędem

Latanie na paralotni z napędem to taka specyficzna dziedzina. Z jednej strony jest często uznawana przez „wybitnych przelotowców” za gorszy gatunek lotnictwa (rzekomo z napędem to każdy głupi potrafi), z drugiej strony jest czasami średnio lubiana przez cywili z racji na hałas generowany przez sam napęd, a z trzeciej strony pasuje do Bielska jak kwiatek do kożucha.  Na dzień dobry gdy pewien mój dalszy kolega z latania dowiedział się, że przeprowadzam się do BB i zamierzam latać tu z napędem to w zasadzie zaczął mnie strofować. No bo jak to tak, w Beskidach, w najlepszym miejscu do latania swobodnego w PL i to z napędem…… Wstyd i żenada… Rzekomo…

Fakt faktem, że PPGantów w okolicach BB jest dość mało. Cześć moich obecnie nie lotniczych znajomych albo kiedyś latało, albo przynajmniej próbowało zlatywać gdzieś po kryjomu bez uprawnień, albo chętnie by spróbowało/zaczęło. Tyczy się to jednak zawsze lotów swobodnych a nie napędowych i nie ma się czemu dziwić, bo z racji na bliskość gór raczej każdy skłania się ku lataniu swobodnemu……..

….Które to latanie swobodne ma oczywiście swoje niezaprzeczalne zalety w stosunku do napędowania. Dostarcza dużo większych emocji, daje też niepowtarzalne wrażenia estetyczne. Jest to jednak zupełnie co innego.

Do latania napędowego przekonałem się w sumie przez przypadek i to dużo wcześniej niż w ogóle zacząłem myśleć o przeprowadzce i zmianie pracy. W sumie o wszystkim zadecydował przypadek. Kiedy z rożnych względów przestałem latać swobodnie, zacząłem teoretyzować że jak bym kiedyś miał możliwość to chętnie bym sobie polatał na PPG. Problemem były jednak pieniądze. Napęd PPG jest bardzo drogim urządzeniem, często droższym niż samo skrzydło. Oczywiście są używki ale to w dalszym ciągu kilka tysięcy złotych. Nagle gdzieś w 2016 roku zadzwonił kolega, że inny kolega ma okazyjnie do sprzedania za relatywnie niewielkie pieniądze napęd, który sam zrobił na silniku Motoroma, który to silnik idealnie by mi podpasował (do mojej masy startowej itp)

No i tak się stało. Oczywiście zanim zrobiłem kurs i zdałem egzamin minęło mnóstwo czasu ale to zaś temat na zupełnie inne miejsce. Fakt faktem, że na chwilę obecną mam w zasadzie wszystko co potrzeba do latania na PPG. Napęd, skrzydło, odpowiednio większy spadochron zapasowy no i uprawnienia, a nawet zapasowe śmigło.

I jak się lata? Oczywiście nie zdążyłem jeszcze zrobić dużego nalotu ale okolica jest po prostu wręcz idealna do kosiaczenia 🙂 PPG daje to czego absolutnie nie daje latanie swodne. Możliwość ciągłego lotu na wysokości kilkudziesięciu, kilkuset metrów w warunkach w których w zasadzie prawie w ogóle nie trzeba skupiać się na samym locie a w zamian można obserwować to co dzieje się dookoła, na ziemi, robić zdjęcia itp. Słowem taka PPGancka turystyka, która w przypadku lotów swobodnych nie jest możiwa bo generalnie lata się wysoko i bardzo wysoko, a termika czasami jest tak mocna i turbulentna że nie ma jak nawet sterówek puścić.