Benefis, czyli dziesięciolatka – Odcinek 2

Jak już czytelnik miał okazję się dowiedzieć w poprzednim odcinku próby nauczenia mnie latać na paralotni w wykonaniu znajomego księdza szybko zakończyły się niepowodzeniem. Niezależnie od tego zorientowałem się, że jednak posiadanie własnych uprawień do latania jest elementem niezbędnym i instruktora nie uniknę. Obecnie dla niektórych może wydawać się dziwne, że w ogóle rozważałem latanie ‚na krzywy ryj’ ale trzeba pamiętać o dwóch rzeczy:

  1. Podkarpacie
  2. Początek lat 2010tych.

W tamtych czasach nie miałem zbyt wielkiego manewru jeżeli chodzi o wybór szkół latania. Na Podkarpaciu w 2011 roku działało w sumie trzech instruktorów: Wacek Kuzło (który niedługo potem zakończył działalność szkoleniową), Bogusław „Peciu” Pelczar i Paweł „Grzybek” Grzybowski działający pod marką Parastyle. Patrząc dalej na zachód przed Krakowem nie było już absolutnie nic a para-wakację w Miedzybrodziu Żywieckim były by dla mnie (jak mi się źle wydawało) za drogie.

Z Pawłem Grzybowskim byłem już prawie dogadany. Wybrałem go ze względu na jego ładną i nowoczesną stronę internetową. Nie znałem nikogo i ciężko było mi decydować, dlatego zadecydował marketing. O Peciu i Wacku Kuzło wiedziałem tylko tyle, że takie osoby istnieją i nic poza tym. W internecie nie było zbyt wiele na ich temat a o ile o Grzybku można powiedzieć wiele, to na pewno to, że marketing ma rozbudowany

I…….. I tu znowu pojawia się mój znajomy latający ksiądz.

Gdyby mnie nie podkusiło pochwalić się moim wyborem ścieżki paralotniowej, to pewnie zrobił bym kwity u tego Grzybka i było by wsio parada. A tak to wyszło jak zwykle, czyli do dupy. Gdy tylko znajomy (a w zasadzie znajomi, bo tyczyło się tez tego drugiego) dowiedział się, że chcę szkolić się w Polsce zaczęła się długa litania żali pod adresem polskich szkół. Tu akurat nie miało kompletnie znaczenia to, że są księżmi. Mieli też pewne ‚srogie przeboje’ z pewnym instruktorem działającym w rejonie Beskidu Wyspowego. Nigdy się nie dowiedziałem jak się nazywał, wiedziałem tylko że już wtedy nie szkolił.

Tym nie mniej jednak rozciąganie problemów na absolutnie wszystkie szkoły w Polsce zakończyło się tym kukułczym jajem

Zrób sobie kurs na Słowacji u Stefana Vypariny. My u niego byliśmy, ty pojedziesz i będziesz latał.

I tu kolejne wyjaśnienie dla młodzieży. Teraz w zasadzie ta kwestia nie istnieje, ponieważ w zasadzie wszyscy robią kursy w Polsce. Kiedyś tak jednak nie było. Przede wszystkim w dawnych czasach (zanim jeszcze zainteresowałem się paralotniami) do uzyskania Świadectwa Kwalifikacji potrzebne było ukończenie wszystkich trzech etapów szkolenia paralotniowego. Jak wiadomo w zasadzie nigdy i nigdzie w Polsce nie dało się w praktyczny sposób zrealizować etapu trzeciego, dlatego w większości przypadków III etap był realizowany za granicą.

Cały ten ‚problem’ był sztucznie wytworzony i istniał tylko w głowach kursantów. Początkujący adepci latania nie rozumieli, że w praktyce i tak będą musieli często jeździć czy to Bassano czy do doliny Soczy ze względu na kapryśną polską pogodę. Poza kwestiami finansowymi nie było żadnych praktycznych przeciwskazań. Ludzie chcieli mieć jednak tanio papier w ręku stąd pojawił się rynek w Czechach i na Słowacji. Rynek korzystał też z różnic walutowych oraz braków na lokalnym rynku. Do momentu wprowadzenia na Słowacji Euro lokalni instruktorzy nie mieli nawet startu. Kursy walut były takie, że Stefan Vyparina zarabiał dobrze na kursach a z perspektywy Polaka i tak były one tańsze niż w Polsce.

Wracając do mnie…

Pierwszy raz Stefana Vyparinę spotkałem w kwietniu 2011 roku kiedy mój znajomy (jeden z latających księży) zabrał mnie ze sobą na Słowację ‚żebym sobie popatrzył’. To co rzuciło mi się u Stefana (poza oczywiście akcentem na pierwszą sylabę i dość specyficznym sposobem wysławiania się po Polsku) to ‚lekka’ ciągotka na pieniądze. Stefan oczywiście zapewniał mnie, że kwity LAA SR są jak najbardziej akceptowalne w Polsce. Mówił tylko, że jak będę miał IPPI 2 to muszę latać z kimś kto ma IPPI 4 albo więcej i to jest jedyny warunek.

Oczywiście ja mu w to uwierzyłem. No bo dlaczego nie miałbym wierzyć instruktorowi paralotniowemu.

Żeby w pełni zrozumieć ten ‚problem’ po wtóre podkreślę, że Stefan Vyparina wykorzystał dużą lukę na runku. Parastyle Pawła Grzybowskiego powstało dopiero w 2010 roku. Przed nim wyborem był albo Peciu o którego kursy potrafiły trwać kilka lat (nie, to nie jest żart a niestety przykra prawda) albo Wacek Kuzło. Kolejnym gwoździem i zyskiem dla Czechów i Słowaków było nałożenie podatku VAT 23% na szeroko pojęte kursy i szkolenia.

Jednak stało się i zapisałem się na kurs na Słowację. Razem ze mną zapisał się mój i księży znajomy o pseudonimie ‚Dzikus’. Oczywiście mając 21 lat moja sytuacja finansowa była gorzej niż zła. Wydałem więc połowę oszczędności (czyli circa 300zł) na wpłatę zaliczki na wiosnę 2011 aby na przełomie lipca i sierpnia uczyć się latać. Do tego czasu musiałem zarobić resztę potrzebnych pieniędzy co czyniłem pracując na czarno jako realizator dźwięku (bardziej dorzyłkowo / odpustowo / dniosiedlowy ale zawsze coś).

Z pomocą wysokiej emerytury mojej Babki udało się i w połowie lipca miałem już ponad 1500pln na koncie w banku, co było wystarczającą sumą na opłacenie reszty kursu, dotarcie na Słowację i wyżycie tam przez kilka dni.

Oczywiście nie mogło być mowy o wyjeździe samochodem 😉 Ja nie dysponowałem wtedy swoim samochodzie a Łada samara Dzikusa nie była w stanie technicznym rokującym wyjazd i powrót bez remontu silnika wykonywanego gdzieś na poboczu. Ustaliliśmy, że zbiorkomem jesteśmy w stanie dojechać do Muszyny z przesiadką w Krynicy. Wiedzieliśmy też, że zaraz po Słowackiej stronie granicy jest przystanek autobusowy na którym zatrzymują się autobusy jadące do Starej Lubowni przez Plavnice. Nie mieliśmy jednak pojęcia jak dostać się z Muszyny na granicę PL-SK.

Założyliśmy, że jakoś uda nam się złapać stopa. I to było złe założenie. Po około 5 kilometrów marszu z bagażami w ręce i na plecach w końcu ulitował się nad nami kierowca busa z Leluchowa, który podwiózł nas prawie na samo przejście graniczne ze Słowacją.

Tam poszło tylko gorzej. Okazało się, że oczywiście przystanek jest ale z racji na to, że było to popołudnie w sobotę czy niedziele ostatni autobus odjechał dawno temu. Nie pozostało nam innego tylko drałowanie na piechotę z wspomnianymi wcześniej tabołami. Zgrubne estymację pokazywały, że powinniśmy dotrzeć na miejsce przed zachodem. Niestety gdzieś w połowie drogi nasze nogi powiedziały „nie”. Doszliśmy do wniosku, że mamy wszystkiego serdecznie dosyć. Wyciągnąłem więc swój telefon komórkowy, zadzwoniłem w srogo płatnym roamingu do Stefana i grzecznie zapytałem się, czy oprócz usługi szkoleniowej nie wyświadczy nam usługi TAXI. 

Na miejsce, do noclegu w należącej do Stefana daczy w Hajtovce dojechaliśmy już bez większych przygód. Jakie było nasze zaskoczenie gdy po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy samochód z tablicą rejestracyjną z wyróżnikiem RZ. Naszej radości nie było z tego powodu końca……

A co było dalej będzie potem 😛

Dodaj komentarz