Benefis, czyli dziesięciolatka – Odcinek 1

// Pisać rozpoczęto 4 grudnia 2020 roku o godzinie 17 
// czasu Ryskiego w miejscowości Sigulda, gdzie pod
// wpływem stresu związanego z rozlicznymi obowiązkami
// służbowymi nagle wena twórcza pojawić się zechciała
//
// Jak zwykle zachęcam do lektury... Ale tylko koneserów
// gatunku... Literatury chyba psychodelicznej. 

Taką dziwną koincydencją pewnych zdarzeń, w 2021 roku przypada pewna szczególna dla mnie rocznica. 10 lat od kiedy to pierwszy raz wiedziony marzeniem o lataniu (albo własną głupotą – niepotrzebne skreślić) zatraciłem grunt pod nogami i oderwałem się od powierzchni gruntu na statku powietrznym jakim jest Paralotnia.

Sam nie podejrzewałem, że to się wszystko tak potoczy. Sam się sobie dziwiłem, że w ogóle się na to wszystko zdecydowałem. Z perspektywy czasu cała ta paralotnia wypełniła moje życie w całości. Niekoniecznie przez pryzmat przebywania w powietrzu ale chyba po prostu przez pryzmat bycia paralotniarzem i wszystkiego z czym to się wiąże.

Zaczynając jednak od samego początku chciałbym zachęcić do przeczytania mojej innej krótkiej serii, tj. „Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie”. Nie żebym jakoś coś tu chciał reklamować, bo jest ona wciąż na tym samym blogu 🙂

http://pogoda.cc/index.php/category/calka/

Zapoznanie się z tamtymi pracami pozwoli złapać kontekst osobom, które są nielotami albo tylko interesują się paralotniarstwem. Jest tam nawet wspomnienie i krótki opis tego jak to ze mną było i jak zaczynałem 🙂 Tu chciałbym się jednak skupić (nieco samolubnie) nie na samym aspekcie lotniczym i tego gdzie i kiedy poleciałem albo i nie. Chcę opowiedzieć bardziej historię jak te wszystkie bohaterskie próby polecenia a nie zrobienia sobie przy tym krzywdy podziałały na mnie jako na człowieku.

Zacznijmy jednak od prehistorii

Zdjęcie wykonane 18 czerwca 2008 roku – ja w okularach opierający się o kolumnę głośnikową i machający w stronę fotografa. Miałem wtedy niecałe 18 lat.

Jak widać po opisie urodziłem się w 1990 roku, dokładnie 12 września. Do 2010 roku włącznie nigdy nie przejawiałem zainteresowania jakąkolwiek aktywnością sportową. Brzydziłem się tym i nie rozumiałem w ogóle po co ktoś miałby z własnej i nieprzymuszonej woli męczyć się i pocić.

Urodziłem się i mieszkałem z moją rodziną w Rzeszowie. To co działo się za zamkniętymi drzwiami naszego mieszkania przy ulicy Staszica nie było do końca normalne. W sumie można by powiedzieć, że to było coś kompletnie nienormalnego a wręcz patologicznego, chodź nigdy w naszym domu nie było jakichkolwiek problemów z alkoholem i innymi używkami. Byłem wychowywany w myśl prostej zasady.

Jeżeli jest wina, musi być i kara. Zawsze….

Rzadko kiedy słyszałem w domu coś dobrego na swój temat. Urodziłem się jako dziecko nerwowe. Nie wiem z czego to wynikało. Rodzice przestali palić papierosy zanim moja Matka zaszła w ciąże, więc może przyczynkiem było tu to jak się ze mną obnoszono. Były czasy że byłem karcony w zasadzie za wszystko. Od takich błahych rzeczy typu niepozmywane garczki, nieschowane ubrania, przez to że nie domyśliłem się, żeby wyjąć mięso z zamrażarki. Esencją było gimnazjum i standardowe awantury po każdej wywiadówce. Moje nerwy oczywiście ujawniały się przy rozlicznych okazjach a przede wszystkim w szkole, w Gimnazjum nr 6 w Rzeszowie. Znajdującym się w pewnym dość specyficznym miejscu, tj. w patologicznej dzielnicy pomiędzy strefami wpływu dwóch lokalnych klubów sportowych.

Oto jest ta szkoła. Tysiąclatka jak każda inna.

Nie wchodząc w zbędne szczegóły oczywiście byłem klasową ofiarą losu. Jako jedyny z chłopięcej części grupy nie uprawiałem żadnego sportu. Byłem wyraźnie nerwowy, z wyraźnym zgryzem i noszący okulary. Łatwo było to wszystko wykorzystać ku uciesze innych.

Dla mnie w zasadzie najgorsze było jednak to co działo się po wywiadówkach w domu. W szkole jeszcze od biedy dało się jakoś dogadać a niektórzy akceptowali tego że jestem taki a nie inny. Określenie atmosfery po wywiadówce jako święto pasa to kurwa mało. Na dzień dobry po wejściu rodzica do domu zaczynało się na przykład „ty najduchu będziesz biedny”. Nie wiem do dzisiaj skąd (Matka) wzięła słowo najduch i co ono pierwotnie znaczyło. Wiem tylko, że potem zaczynał się wyścig obelg i różnego rodzaju kar. Czasami zdarzało się, że emocje sięgały zenitu i w użycie wszedł właśnie pas. Bity byłem po nogach, po dupie, po plecach. Oprócz tych wszystkich przykrych doświadczeń najgorsze były dwie rzeczy.

Przede wszystkim nie wolno było mi się bronić. Każda próba obrony oznaczała jednocześnie stwierdzenie, że Matka nie miała racji a tego ona nigdy nie mogła zaakceptować. Różne rzeczy od niej słyszałem ale nigdy nie słyszałem przyznania się do błędu i braku racji. Im bardziej próbowałem się bronić tym bardziej Matka się nakręcała.

Wtedy wchodził argument kolejny czyli kary. Przez całe gimnazjum i późną podstawówkę normą było to, że przez 9 miesięcy (od pierwszej wywiadówki do końca roku szkolnego) nie mogłem używać komputera, oglądać telewizji a często również wychodzić z domu poza drogą do szkoły i wyjściami zleconymi przez rodziców — taka ‚Kwarantanna Domowa’ za czasów pierwszej kadencji PiS (jeszcze z Samoobroną i LPRem pod wodzą Romana Giertycha)

Kilkukrotnie w ataku szału podczas ‚rozmowy po wywiadowce’ groziłem rodzicom, że się zabije, że ucieknę z domu a tym podobne. Oczywiście po takich groźbach z mojej strony karczemna awantura nakręcała się jeszcze bardziej. Czasami do momentu w którym do obrotu szedł pas od spodni Ojca.

Po co to wszystko piszę i jaki to ma związek z paralotniami. Paralotnie znalazły się w moim życiu przez przypadek. W tamtych latach byłem dość religijny. Naturalnie szukałem jakiegoś miejsca w którym mógłbym znaleźć ukojenie po przykrościach, których doznawałem w domu. Oprócz moich świeckich znajomych, znałem kilku księży. Tu najistotniejsze są dwie osoby: Krzysztof T. urodzony w Busku Zdroju, zamieszkały obecnie w Rzeszowie, oraz Grzegorz S. urodzony w Nowym Wiśniczu, zamieszkały obecne w St Gallen w Szwajcarii.

To było pewnego, chyba kwietniowego dnia. Siedziałem wtedy u Grześka S. w jego mieszkaniu, w starym domu zakonnym zgromadzenia Księży Saletynów przy ul. Dąbrowskiego w Rzeszowie. Nie pamiętam już o czym rozmawialiśmy. Pamiętam tylko, że Grzesiek robił coś na komputerze a ja w pewnym momencie zwróciłem uwagę na absurdalnych rozmiarów plecak leżący gdzieś w kącie. Grzesiek na moje pytanie na ten temat nie tylko uśmiechnął się kątem oka i nic więcej nie powiedział.

Właściciel plecaka wraz z jego zawartością w kwietniu 2010 roku.

Mój kolejny kontakt z paralotnią, który skończył się wręcz platonicznym uczuciem do tego sportu miał miejsce niedługi czas po moim pytaniu o zawartość plecaka a wydarzeniami ze zdjęcia powyżej. Drugi z nich Krzysztof T. – ówcześnie zamieszkały kilka pokoi dalej w tym samym domu zakonnym poprosił mnie aby pomóc mu zgrać materiał z jego kamery wideo. O Krzysztofie T. można by powiedzieć mnogo różnych rzeczy ale przede wszystkim to, że był absolutnie atechniczny. Nie o to jednak tutaj chodzi. Chodzi głównie o to, że mogłem po raz pierwszy na wideo zobaczyć startującą paralotnie (w tamtych czasach Youtube nie był tym miejscem co dzisiaj a i moje łączę do Internetu nie było zbyt szybkie) .

Na filmie było widać wtedy dwa skrzydła. Czerwony Mentor 1 i wyblakło niebieski Gin Oasis. Krzysztof T. bezprawnie prowadził podstawowe szkolenie z zakresu pilotowania paralotni. Bezprawne, gdyż Krzysztof T nie posiadał i nie posiada do tej pory uprawnień instruktorskich. Wtenczas nie posiadał nawet Polskiego Świadectwa Kwalifikacji. Chyba nie posiadał nawet Słowackiego Prukazu. Słowem nie miał żądnych kwitów na latanie, sam o lataniu nie miał zbyt dużej wiedzy a uczył innych. Tego typu praktyki kilka razy o włos nie skończyły się katastrofą z ofiarami w ludziach.

Tenże czerwony Mentor 1 z jego właścicielem podczas jakichś prób startu PPG. Zdjęcie wykonano pod Krzyżem Milenijnym w miejscowości Niechobrz pod Rzeszowem

Cała ta przypowiastka jest o tyle istotna, że Krzysztof T był moim hm…. nazwałbym pierwszym instruktorem ale to było by to jednak spore naciągniecie faktów.

Jak to zwykle bywa z kursami paralotniowymi zaczyna się do Ground Handlingu. Tak i również było w tym przypadku. Krzysztof T. uparł się jednak, że ‚start klasykiem’ jest w zasadzie zbędny i należy zacząć naukę od alpejki. Jako pomoc naukową był jego wykorzystywany Gin Oasis. Poza wyblakłymi kolorami odznaczał się tym, że można było go używać do regulacji zera w porozymetrze. Jego przewiewność była dość mocno zbliżona do firanki. Krzysztof T. raczej zdecydowanie zdawał sobie z tego sprawę co nie przeszkadzało mu w zaoferowaniu mi tego skrzydła za sumę 700 złotych.

Chyba każdy pilot domyśla się teraz jak cudownie musiało się zachowywać skrzydło, które po pierwsze miało przewiewność szmaty do podłogi a po drugie którego każda linka miała swoją unikalną i niepowtarzalną długość.

Nie trudno zgadnąć, że wyciągnięcie tego skrzydła nad głowę i jego utrzymanie w tej pozycji graniczyło z cudem. Niestety Krzysztof T. okazał się marnym i mało cierpliwym nauczycielem. Przede wszystkim ze względu na swój zawód (przypomnijmy: ksiądz katolicki) odznaczał się absolutnie zerową zdolnością pojmowania, że ktoś może mieć inne zdanie niż on. Gdyby dotyczyło to wyłącznie prawd objawionych, którymi został zaprogramowany w seminarium to by było pół biedy. Problem był taki, że ponieważ ten Oasis za bardzo nie trzymał mi się nad głową to wychodził on do wniosku, że to przecież moja wina a jego metody szkoleniowe są przecież najlepsze z możliwych.

Próba nauczenia mnie latać bardzo szybko skończyła się serią kurew i chujów pod moim adresem. Na całe moje szczęście ten epizod mojego paralotniowego wykształcenia zakończył się zanim obcowanie z Krzysztofem T. zakończyło by się źle dla mojego zdrowia.

Ciąg dalszy nastapi…

Dodaj komentarz