Przypowieść o talencie (albo jego braku)

Bardzo często w dyskusjach z kimkolwiek zajmującym się jakimś sportem (w 90% chodzi oczywiście o latanie) przewija się temat talentu, odmieniany przez rozliczne przypadki i używany w różnych kontekstach. O Łukaszu Prokopie, Christianie Maurerze i tym podobnych mówi się, że mają talent. O zawodnikach kadry w skokach narciarskich mówi się, że mają talent bo to i tamto. Cały czas ten talent pojawia się jako coś bardzo ważnego. Na koniec ja często słyszę, że rzekomo ja mam talent do programowania. Za każdym razem muszę tłumaczyć ludziom jedno i to samo. Nie mam żadnego talentu a to co wy nazywanie talentem najprawdopodobniej w ogóle nie istnieje.

Jako talent ludzie postrzegają sytuację w której ktoś instynktownie bardzo szybko „łapie”. W zasadzie cudowne dziecko, czego się nie dotknie to od razu cud, miód, malina (To taka mała odmiana od tzw. „Polskiej Sztuki Budowlanej”. Kto ostatnio miał u siebie ekipę remontową wie o co chodzi). Ludzie często ulegają pewnej błędnej i szkodliwej iluzji, pomieszanej z zawiścią i zazdrością.

Muszę przyznać, że poniekąd wstydzę się być programistą i inżynierem. Gdy nie jest to absolutnie konieczne wolę w grupie nie ujawniać kim jestem i czym zajmuje się zawodowo. Mam cały czas wrażenie, że ludzie postrzegają bycie programistą wyłącznie przez pryzmat dużych zarobków, całkowicie pomijając to czym zajmuje się na co dzień i co musiałem robić aby być tu gdzie jestem. Nie da się ukryć, że bieda mnie nie bodzie. Mam 0x1E lat (ewentualnie 036). Ponieważ świadomie wybrałem życie w samotności nie muszę łożyć na moją żonę (której nie mam) i dzieci (których również nie mam). Kiedy nie zajmuje się programowaniem i elektroniką zajmuje się różnego typu sportami. Nie chcę tutaj pisać jakimi, wystarczy powiedzieć że nie jest to ani piłka nożna ani piłka siatkowa.

Aby się dowiedzieć o niektórych z nich (oprócz latania oczywiście, bo do tego wystarczy mój Facebook) trzeba załączyć odbiornik w Bielsku — Białej na frekwencji 145.250MHz i cierpliwie słuchać. Są jednak rzeczy o których wie zaledwie garstka osób. Są rzeczy o których nie mówię nawet mojej Siostrze, Bratu i reszcie rodziny. Jest to pewien poziom dostępu do mojej działalności (sportowej w tym przypadku ale rozciąga się to na kilka innych rzeczy), do którego dostęp mają ludzie dający rękojmie dochowania daleko posuniętej tajemnicy.

Stać mnie na to wszystko tylko dlatego, że jestem programistą. Nie dlatego, że dobrze się urodziłem, dobrze się wżeniłem albo mam bogatych rodziców. Programistą nie zostałem wczoraj. To wszystko zaczęło się w zasadzie od dziecięcych lat. Może nie bezpośrednio, bo Ojciec jednak był elektrykiem ale zawsze ciągnęło mnie do prądu. Gwoździem wszystkiego była szkoła średnia. Nigdy nie byłem orłach w przedmiotach ścisłych, zwłaszcza w matematyce (!!) . Pod koniec semestru w dzienniku potrafiłem mieć dwie ludy lufy i trzy dwóje na czysto. Nic więc dziwnego, że gdy moja wychowawczyni (jednocześnie nauczyciel matematyki) dowiedziała się, że planuję zdawać na maturze matematykę a potem pójść na politechnikę, to najpierw westchnęła a potem zaprosiła Ojca na rozmowę do szkoły. W opinii nauczycieli albo nie zdałbym tej matury z matematyki, albo nawet bym ją zdał to i tak nie dostanę się na uczelnie a nawet jak się dostanę to zaraz z niej wylecę. No i co? No i gówno. Z niewątpliwą satysfakcją po zakończonej sesji pobiegłem czym prędzej do mojej byłej szkoły i pokazałem wychowawczyni papierowy indeks (!) z oceną ‚dostateczny’ wpisaną w pierwszym terminie z takich przedmiotów jak: Analiza Matematyczna, Algebra, Metody Numeryczne.

Oto więc czarna owca, nieuk i rzekomo ktoś pozbawiony talentu do przedmiotów ścisłych przegonił prymusów z rozszerzoną matematyką i fizyką zdaną na ponad 90%. Ten o którym mówiono, że mu się na pewno nie uda.

Zostanie programistą to nie jest łatwy temat, podobnież jak zostanie latającym paralotniarzem. Skończenie kursu paralotniowego nie zrobi z nikogo paralotniarza, tak samo skończenie tzw. ‚bootcampu’ nie zrobi z kogoś programisty. Latam już 9 lat i dopiero od 3, może 4 lat mogę powiedzieć, że latam na poziomie, który by mnie samego satysfakcjonował. Jak zaczynałem z programowaniem? Na poważnie zaczęło się tak naprawdę na początku studiów na laboratoriach z przedmiotu „Technika Mikroprocesorowa”.

Oczywiście zacząłem również po swojemu i inaczej niż reszta. Teraz modny jest Python i Java. Dla mnie było to nudne i sztampowe, dlatego pierwsze programy pisałem w języku Assemblera na Intel 80C51 (oczywiście mikrokontroler bazujący na). Ładowanie z pamięci do rejestrów, zapisywanie z rejestrów do pamięci. Skoki warunkowe, bezwarunkowe, wzdłuż i poprzek. Nie ma tutaj fancy frameworków, zarządzania pamięcią, JSONów i tym podobnych. W zasadzie pojęcie zmiennej, struktury czy klasy tutaj nie istnieje. To co dało mi pierwszą pracę jako zawodowy programista to projekty, które ciągnąłem po pracy. Przede wszystkim były to stację pogodowe, które są bardzo rozległym tematem i nie na tutaj. Istotne jest to, że jest to projekt, który sam wymyśliłem i sam prowadzę do dnia dzisiejszego. W zasadzie bez pomocny innych osób zrobiłem wszystko od A do Z. Nauczyłem się dzięki temu najważniejszej rzeczy w byciu programistą czyli samodzielności. Tworzenie systemów i oprogramowania nie polega jedynie na pisaniu kodu, to przede wszystkim twórcze wymyślanie architektury i konkretnych rozwiązań. Najpierw trzeba wiedzieć co się chcę zrobić, jak się chcę to zrobić i po co a dopiero na końcu pisać kod.  

Co chcę przez to pokazać? Ludzie nie rozumieją i najczęściej nie chcą rozumieć jak dużo czasu trzeba aby coś w życiu osiągnąć. Moja matka wyrzucała mi, że „większość czasu spędzałem z laptopem na kolanach i nie rozmawiałem nawet ze swoim rodzeństwem”. Dla takich ludzi uwięzionych w szponach konwenansu wszystko czego nie są w stanie zrozumieć jest albo dziwne, albo kompletnie niepotrzebne. Ogólnie strata czasu i pieniędzy. Żeby złożyć i przetestować jakikolwiek prototyp musiałem czekać aż moja matka wyjdzie z domu, bo inaczej szybko skończyło by się to awanturą z powodu „kabli na wierzchu” i smrodu lutowia. Moja działalność elektroniczno – programistyczna była zawsze w domu problemem. Byłem przez to ‚ten gorszy’, ‚syfiarz’ itp. Skończyło się na tym, że po prostu w 2014 wyprowadziłem się z domu, bo bez tego nie byłbym w stanie się dalej rozwijać.

Dlaczego więc uważam, że talent nie istnieje? Zostanie programistą kosztowało mnie kilka lat pracy. Nie tygodni, czy miesięcy. Lat. Kilka lat podczas których siedziałem po kilka/kilkanaście godzin w dzień i w nocy rozwijając swoje projekty i ucząc się tego wszystkiego. Jeżeli więc ktoś mi mówi, że on się do tego nie nadaję, bo nie ma talentu do tworzenia oprogramowania, to jest to po prostu zwykłe kłamstwo. Nie chodzi tu o brak talentu, tylko brak chęci. Nawet jak jest chujowo to dobrze, że jest stabilnie. Jesteś kiepski, jesteś przegrywem bez marzeń i pieniędzy ale wolisz takim być dalej, bo żeby to zrobić musiałbyś wykonać jakąś pracę.

Powtórzę: ja byłem tym o którym nauczyciele głośno mówili, że na pewno nie da sobie rady. Jestem tym, który przez kilka pierwszych sezonów paralotniowych miał problemy z tym, co było oczywiste dla innych pilotów. Miałem problem zabrać się na termikę, robiłem najczęściej zloty itp. itd. Chodziłem gdzieś w okół tego celu jakim jest latanie termiczne. Widziałem je na własne oczy i wiedziałem, że jestem tuż obok ale jakoby za cienką szybą. Wiedziałem jednak, że latanie na paralotni jest w gruncie rzeczy dość proste. Nawet jeżeli ktoś nie jest do końca mi w stanie powiedzieć co ja robię źle a co on robi dobrze, to nie jest to czarna magia. Jest jakaś konkretna lista rzeczy do poprawki a nie brednie w stylu „ty to musisz poczuć po prostu” (bo i takowe rzeczy mi mówiono). Poczuć można skrzydło na uprzęży i należy taką umiejętność posiąść ale w kręceniu termiki i szukaniu tych noszeń nie ma nic z czucia. Po prostu należy się naumieć jakie manewry należy wykonywać aby się w tym noszeniu utrzymać. Jak Ci wejdzie sroga klapa i ponad pół skrzydła zwinie ci znad głowy, to nie będziesz wyczuwał co masz w tym momencie zrobić, tylko po protu musisz to wiedzieć zanim przyłoisz o twardą glebę. Nie potrzeba tu żadnego talentu, tylko treningu i nieco wyobraźni. 

Na koniec kolejna łyżka dziegciu o talencie. Dlaczego się tak z pewnymi rzeczami kryję, dlaczego uważam że ludzie mnie nie rozumieją i mają za kogoś nim nie jestem? Powiedzmy sobie szczerze, że chodzi o sport i to sport wymagający pieniędzy, sprzętu i dużego poświęcenia:

  1. „Skąd on na to wziął pieniądze” – Emanowanie na Facebook sportami czy innymi rzeczami, które się wykonuje w czasie wolnym to też jawne określanie swojego statusu materialnego i społecznego. Nie zawsze (a raczej rzadko) dobrym pomysłem jest informowanie wszem i wobec o swoich dochodach.
  2. „Nie ma co robić z pieniędzmi, hulaka, nie oszczędza itp” – U ludzi dość głęboko zakorzenione jest oszczędzne gospodarowanie. Tutaj przyczynkiem jest to, że jednak przez większość ostatniego czasu Polska była albo pod okupacja, albo była najeżdżana a to ze wschodu a to zachodu a to był u nas komunizm. Nigdy nie było wiadomo, kiedy nadejdzie ta czarna godzina, dlatego nawet jak dużo zarabiasz to powinieneś kisić pieniądze w słoiku.
  3. „Naoglądał się Eurosportu, co to jemu się wydaje? Że może jeszcze na olimpiade pojedzie? Po co on to w ogóle robi?” Ludziom wydaje się,  że sport zaczyna się od razu od wysokiego poziomu umiejętności. Początki w większości przypadków wyglądają raz śmiesznie, raz strasznie a raz żałośnie jak się na to patrzy z boku. Mój dalszy wujek był ongiś głęboko zawiedziony tym, że rocznie latam na paralotni mniej godzin niż by mu się początkowo wydawało.  Po co mam więc informować, że uprawiam sport X jeżeli ktoś może pomyśleć, że jestem lepszy niż faktycznie?
  4. Traktowanie per „Patrzcie jaki jestem zajebisty”. Granica pomiędzy wrzucaniem fajnych zdjęć do Internetu i opowiadania o swoim sporcie a przechwałkach jest bardzo cienka. Nie chodzi tu o to, że lamer będzie robił z siebie gwiazdę. Ten problem dotyka nawet najlepszych, którzy czasami potrafią obróść w piórka i robić z siebie kogoś wyjątkowego. Kogoś kim nie są, bo są tak naprawdę normalnym człowiekiem jak Ty i i ja, tylko robiącym coś długo i bardzo dobrze. Czasami lepiej siedzieć cicho i się nie przechwalać, bo czasami nawet światowej klasy skill nie pomoże uniknąć dorobienia gęby narcyza.
  5. „On ma lepiej ode mnie” To jest już klasyka gatunku. Sztampa do bólu jak Passat B5 u sąsiada. Niektórzy będą mnie serdecznie nienawidzili tylko i wyłącznie dlatego, że mam albo robię coś czego oni nie robią. Nie żeby tech chcieli. Oni tego nie chcą ale już sam fakt, że ja to mam to powód do bólu rzyci.
  6. Układ zamknięty – Liniowa kombinacja wszystkich czterech poprzednich punktów. Do puki jesteś naprawdę niezależny od innych, to masz szczęście. Niestety jednak może przyjść moment w którym twoje dalsze losy, czy to zawodowe, czy to osobiste, czy to rodzinne będą zależne tylko i wyłącznie do dobrej woli (bądź jej braku) jednej konkretnej osoby czy grupy osób. Narazić się możesz im na wiele różnych sposobów. Coś jeszcze mam tłumaczyć? Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi??