Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 4 — Działaczem Być

"You lock the door
And throw away the key
There's someone in my head but it's not me" 
~ Pink Floyd "Brain Damage"

UWAGA! Ten wpis może zawierać opisy kontrowersyjnych sytuacji i zdarzeń z „kuluarów” światka paralotniowego, które mogą być różnie odbierane i rozumiane przez różne strony. Ze względu na chęć zachowania rozsądnej długości wpisu pominięto pewne szczegóły, które wydają się być niepotrzebne do zrozumienia całości przekazu. 

ENGLISH NOTICE: I plan to rewrite this article in English language with (currently provisional) name „Being a paragliding official”. I need to explain our local specific hence it won’t be a 1:1 translation from Polish.

Przyszło więc mi zmierzyć się z palącym problemem o którym chciałem napisać od dawna. „Jak to jest być działaczem”. W zasadzie od samego początku mojej kariery pilota paralotniowego w mniejszym bądź większym stopniu angażowałem się społecznie. Często spotykałem innych ludzi, którzy tak jak ja próbowali pchać ten wózek, robili to w przeszłości, bądź dopiero chcieli zacząć aktywnie angażować się w społeczność paralotniową.

Jak to wygląda w praktyce? Czy warto być oficjałem, działaczem, wolontariuszem, społecznikiem czy jak inaczej by tą rolę nazwać? Ech… Ciężko powiedzieć jednoznacznie ale w naszych realiach to nie jest łatwe zajęcie.  To nie jest jak pchanie w dół bobsleja po lodzie na ścieżce startowej. To jest bardziej taszczenie taczki z gruzem, pod górę i to z kwadratowym kołem. Całość tego wysiłku można podzielić na to co robi się bezpośrednio współpracując z paralotniarzami, no to co robi się dla paralotniarzy współdziałając z zewnętrznymi organizacjami (np. PAŻP). Na koniec wisienka na torcie, czyli co dostaje się w zamian (od paralotniarzy).

Historia, jak to po kolei było: AKL

Zanim zacznę opowiadać o ciemnej stronie bycia oficjelem sportowym nieco mojej historii w tym zakresie. Latać zacząłem w 2011 roku i dość szybko zacząłem się angażować społecznie. Początkowo niekoniecznie było to coś co robiłem z głębokiego poczucia misji, bardziej z konieczności. Mając 21 lat byłem biedny jak mysz kościelna i samo pójście oraz ukończenie kursu paralotniowego było sporym wydatkiem (ok 1700pln) a o zakupie sprzętu mogłem tylko pomarzyć. Istniało jednak rozwiązanie tej sytuacji

Akademicki Klub Lotniczy Politechniki Rzeszowskiej (zwany w skrócie AKL). W tamtym czasie napalony na latanie byłem do granic absurdu i gdy dowiedziałem się, że na uczelni jest jakaś organizacja która ma sprzęt paralotniowy to uznałem to za gwiazdkę z nieba 🙂 Czym prędzej skontaktowałem się opiekunem naukowym i dość szybko umówiłem się na spotkanie u niego w gabinecie, w kadaterze na której pracował (Katedra Mechaniki Konstrukcji, Wydział Budownictwa i Inżynierii Budownictwa).

Po krótce i nie wchodząc w szczegóły okazało się, że w zasadzie AKL jest martwy i na tamtą chwilę nie było w nim żadnego studenta. Co ciekawe statut AKL cały czas stanowi, że członkiem jest się dożywotnio (lub oczywiście do złożenia rezygnacji) i nawet po zakończeniu studiów nie traci się żadnego z nabytych praw, choć zwyczajowo pierwszeństwo do sprzętu mają oczywiście studenci.

Co udało mi się osiągnąć? Realnie dość dużo. Przez całą moją kadencję ilość członków wzrosła z zera do 30 osób. Łącznie udało mi się załatwić kilkadziesiąt tysięcy złotych co pozwoliło na znaczną modernizację sprzętu. Zorganizowałem jeden kurs paralotniowy u zaprzyjaźnionego instruktora na który uczęszczało ok 5 osób.

http://pogoda.cc/d/prezentacja_dni_promocji.pdf

Na koniec mojej przygody ze studiami, gdy trzeba było komuś przekazać władzę zostało zorganizowane walne zebranie wyborcze w jednej z sal na katedrze. Opiekun naukowy w pewnym momencie zaczął opowiadać o tym jak widzi rozwój klubu w tych ostatnich kilku latach i zaczął przy wszystkich zachwalać moje zasługi 🙂 Zrobiło mi się trochę głupio ale z drugiej strony rad byłem, że ktoś docenia ten ogrom społecznej pracy, który włożyłem w rozwój klubu przez te lata. Pracy, która polegała na chodzeniu z niezliczoną ilością pism do Kanclerza i Prorektorów. Proszeniu się o to czy o tamto, negocjowaniu z dostawcami itp itd. 

Historia, jak to po kolei było: Polskie Stowarzyszenie Paralotniowe

W końcu przyszedł czas na PSP. Moja przygoda z tą największą w Polsce organizacją paralotniową rozpoczęła się w 2013 roku, czyli już przeszło 6 lat temu. Skontaktował się ze mną ówczesny jej prezes Mariusz Nowacki w sprawie uzyskania pozwolenia radiowego RRL (w służbie Ruchomej Lądowej) dla wykorzystania przez PSP właśnie.

Stare logo Polskiego Stowarzyszenia Paralotniowego (przed zmianą w 2012 roku)
Stare logo Polskiego Stowarzyszenia Paralotniowego (przed zmianą w 2012 roku)

Dla mnie wypełnienie dwóch stron formularza ściągniętego ze strony Urzędu Komunikacji Elektronicznej było formalnością trwającą zaledwie godzinę, dwie. Czynność tym łatwiejsza, że sieć radiowa PSP to w zasadzie wyłącznie radiotelefony przewoźne i przenośne (ręczniaki).

Tak to się wszystko zaczęło. W tzw. międzyczasie zaliczyłem razem z Polskim Stowarzyszeniem Paralotniowym dwie edycje Mistrzostw Polski, w 2014 w dolinie Sočy w Słoweni, oraz w 2015 w Kruševie w Macedoni. Obywie w roli organizatora – freeflyera (no przecież sumienie by mi nie dawało spokoju gdybym przy tej okazji nie polatał 😀 )

Nowe Logo PSP, używane współcześnie

Moją specjalizacją stała się jednak Polska Przestrzeń Powietrzna (tzw. FIR EPWW) i dbanie o to aby było w niej dostatecznie dużo przestrzeni klasy G dla paralotniarzy 🙂

Współpraca dla paralotniarzy z otoczeniem nie-paralotniowym: Przestrzeń powietrzna

Ufff.. Udało mi się napisać wstęp krótszy niż 1000 słów 🙂 No to teraz pora przejść do konkretów, czyli do tego FIRu EPWW.

Sposób w jaki odbywają się zmiany w przestrzeni powietrznej jest ściśle regulowany stosownymi przypisami (nie będę przytaczał bo nie jest to czas i miejsce na to) i opiera się o instytucję Konsultacji Społecznych. Jeżeli więc  jakikolwiek użytkownik przestrzeni powietrznej, czy to cywilny, czy to wojskowy albo rządowy (albo sama Polska Agencja Żeglugi Powietrznej) chcę wprowadzić w przestrzeni jakieś trwałe zmiany to nie może się to odbyć w sposób „uznaniowy”, czyli bez wiedzy, zgody i akceptacji innych podmiotów.

Stałymi zmianami jest wszystko co obowiązuje przez okres dłuższy niż 3 miesiące. Strefy TRA (Temporary Reserved Area), TSA (Temporary Segregaded Area), trasy MRT (Military RouTe), zmiany w kształtach CTR (ConTRolled Area)/TMA (TerMinal Area) itp itd. Słowem wszystko co na stałe zmienia wygląd map przestrzeni powietrznej. Jeżeli strefa ma obowiązywać na okres krótszy niż 3 miesiące, to Polska Agencja Żeglugi Powietrznej może ale nie musi przeprowadzać jakichkolwiek konstultacji. W takich okolicznościach wprowadzono np. ‚słynne’ strefy EA dla straży granicznej. W 2015 podczas PMP we wspomnianym Kruševie zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym, że oto większość startowisk paralotniowych na Podkarpaciu została objęta strefami ćwiczeń, czyli EA (Exercise Area). Co gorsza te strefy EA, okazały się być ciągle aktywowane w AUP (Airspace Usage Plan) na 24H w całym zakresie wysokości. Jednym słowem kaplica, tym bardziej, że jako podmiot odpowiedzialny był wpisany ZZZZ. Cztery litery ‚Z’ oznaczają „tajne przez poufne” czyli smutnych panów, którymi dla własnego bezpieczeństwa lepiej się nie interesować bo jeszcze przyjdą z „przedłużeniem konstytucji”, jak to niektórzy ongiś zasłyszeli na stołecznym EDACSie (oczywiście ja stołecznego EDACSa nie mogłem słuchać chociażby przez fakt, że nigdy nie mieszkałem w Warszawie). W tym przypadku była to oczywiście Straż Graniczna.

Jak to wyglądała w takich przypadkach dalej? Zaczyna się pisanie pism, niezliczone telefony do Ośrodka Planowania Strategicznego w PAŻP i w końcu dochodzi to etapu w którym sprzecznych interesów nie da się pogodzić na odległość i trzeba umówić „spotkanie na wizji”. Stref EA nie da się „przedłużać” czy też „reaktywować” w nieskończoność, dlatego w końcu musi na tym miejscu powstać jakiś trwały element, w tym przypadku TRA. Zaletą strefy TRA (w porównaniu do TSA) jest to, że dopuszcza się tam ruch statków powietrznych innych niż te „zamawiającego/aktywującego strefę”. Wiadomo było jednak od początku, że pewna specyfika latania paralotniowego nie będzie pasowała do typowych zasad współdzielenia aktywnej strefy TRA. Zero łączności radiowej i zero możliwości określenia gdzie i o której godzinie się będzie. Co gorsza będzie to w zasadzie norma a nie wyjątek od reguły

.

Dochodzi więc do spotkania, najczęściej na gruncie neutralnym tj. w siedzibie Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej w Warszawie przy ulicy Wieżowej, gdzie mieści się Centrum Kontroli Ruchu Lotniczego. Przed takim spotkaniem zaczyna się bardzo intensywna praca. Ponieważ na miejscu muszą paść konkretne ustalenia, należy koniecznie przygotować ostateczną wersję „oczekiwań paralotniowych” i to w kilku wariantach. Tu zaczynają się problemy. Paralotniarze często nie rozumieją co jest możliwe do realizacji a co nie, czasami nie przyjmują do wiadomości że pewne rzeczy (choć korzystne dla nas) nie mają szans podczas negocjacji. Wynika to z albo braku wiedzy na temat przepisów odnoszących się do żeglugi powietrznej, albo po prostu ze zwykłego roszczeniowego podejścia do otoczenia na zasadzie „mi się należy”

Same spotkanie konsultacyjne to już kwestia wyczucia negocjacyjnego. Jedni będą w tym dobrzy, drudzy nie. Trzeba znać przepisy, lokalną specyfikę, umieć pracować pod silnym stresem i bardzo szybko, niemalże natychmiastowo rozwiązywać problemy i proponować własne rozwiązania. Do końca życia nie zapomnę początku spotkania w sprawie stref straży granicznej. Po jednej stronie sali wysocy oficerowie SG, po drugiej stronie ja i inni paralotniarze z rejonu. Po krótkim wstępie prowadzący z ramienia PAŻP to spotkanie oddał mi głos prosząc o przedstawienie problemu. Powiem szczerze, że możliwość wypowiadania się i poczynania ustaleń w imieniu de facto całej społeczności paralotniowej było z jednej strony wysoce emocjonującym wyzwaniem z drugiej strony czynnością wielce odpowiedzialną, to już nie były żarty. W takich momentach cała odpowiedzialność jednoosobowo spływa na mnie. Pomimo obecności kilku przedstawicieli „z rejonu”, oczywiście w razie W to ja jestem zawsze wszystkiemu winny jako wodzirej.

Granica Polsko-Ukraińska w Bieszczadach
Granica Polsko-Ukraińska w Bieszczadach, tu w okolicach Rozsypańca

Czy udało nam się uzyskać to co chcieliśmy? Generalnie tak. Oczywiście strefy TRA powstały i oczywiście ich codzienna, ciągła aktywacja H24 jest nie do końca zgodna z zasadami „Flexible Airspace Usage” (Elastycznego Użytkowania Przestrzeni Powietrznej). Naturalnie gdyby coś takiego robił aeroklub, tj. non stop aktywował swoją strefę TRA to szybko PAŻP zaczął by się interesować czy faktycznie zachodzi taka potrzeba i co takiego dzieje się w tej strefie (jeżeli w ogóle). Tu jednak przystaliśmy na to, że lepsze takie TRA niż np strefa P (Prohibited, tj. zabroniona), TSA (strefa w której po aktywacji nie może latać nikt oprócz zamawiającego) czy cokolwiek innego co ubiło by latanie paralotniowe w rejonie.

Tak czy inaczej nie da się ukryć, że latanie paralotniowe w rejonie Beskidu Niskiego skomplikowało się. Trzeba dzwonić na Straż Graniczną do Przemyśla. W bardzo sporadycznych przypadkach odmawiają albo proszą żeby latać „od do” itp itd. Istotą konsultacji społecznych nie jest jednak to aby jedna strona wracała na tarczy a druga z tarczą. Istotą konsultacji jest to, żeby wszyscy wyszli niezadowoleni w takim samym stopniu. 

Współpraca z paralotniarzami dla (przeciw?) innych paralotniarzy: przestrzeń powietrzna i konflikty interesów

UWAGA! W TYM MIEJSCU ZACZYNA SIĘ TEKST WYSOCE KONTROWERSYJNY!

Strefy TRA Straży Granicznej mają oczywiście swoją kontynuację, bardzo bolesną dla mnie (dosłownie i w przenośni). Czas mijał i generalnie wypracowane porozumienie i schemat działania funkcjonowały niby bez zarzutu, ale tak jakby nie do końca. Funkcjonowały OK dla pilotów lokalnych, którzy latali bezpośrednio w Beskidzie Niskim i Bieszczadach ale była jeszcze pewna grupa (na szczęście niezbyt liczna) ludzi, którzy przylatywali w te rejony z przelotów z Beskidu Wyspowego. Tu pojawił się wydający się na mały problem, który urósł do ogromnych rozmiarów.

Punktem kryzysowym był pewien dzień w kwietniu 2016 roku, kiedy kilku pilotów wykonało przelot z Beskidu Wyspowego w Beskid Niski. Jednym z tych przelotów jest ten: http://xcportal.pl/node/100043

Fragment dyskusji prowadzonej na temat feralnego lotu. Całość do wglądu pod widocznym linkiem
Fragment dyskusji prowadzonej na temat feralnego lotu. Całość do wglądu pod widocznym linkiem

W czym leżał problem? Problem leżał w dwóch zagadnieniach: Konieczności zgłaszania lotów na Służbę Dyżurną Straży Granicznej w Przemyślu, oraz jednocześnie pewnym zapisie z porozumienia, który mówił że w przypadku nagłej konieczności poderwania drona SG ma prawo zażądać aby piloci w przeciągu 30 minut po kontakcie telefonicznym do wskazanej osoby opuścili TRA. Piloci o których mowa nie wiedzieli w ogóle o istnieniu takiego obowiązku (szczerze już nie pamiętam czy w ogóle wiedzieli o istnieniu tych TRA), choć ponieważ loty były zgłoszone to jednocześnie w pewnym sensie mogli tam lecieć, choć kompletnie nie zdawali sobie tego sprawy.

Rozgorzała ostra, wręcz momentami bardzo wulgarna dyskusja nt. wzajemnych ustaleń poczynionych przez nas ze Strażą Graniczną. Pojawiło się duże ryzyko, że „opcja Krakowska” zacznie samodzielnie kontaktować się ze Strażą Graniczna i rewidować nasze wcześniejsze ustalenia. Czym to groziło? Oczywiście całkowitym zerwaniem porozumienia i w zasadzie uziemieniem latania paralotniowego w BN i Bieszczadach

Pomijam już całkowicie fakt, że przez jednego z dyskutantów wypowiadającym się pod tamtym lotem zostałem na grupie pl.rec.paralotnie publicznie oskarżony o wręczanie łapówek i innych korzyści majątkowych funkcjonariuszom Straży Granicznej. Krewki dyskutant zrobił to oczywiście nie na xcportalu ale na grupie (i to pod pseudonimem) gdyż tak bezczelne pomówienia spotkały by się  ze zdecydowanym odzewem albo moim albo samej SG.

Co ja zrobiłem z tym wszystkim? Oczywiście samoczynnie poczułem się do obowiązku i kontynuowałem tę niełatwą dyskusję, tym razem próbując godzić dwie strony paralotniowego konfliktu. Dzwoniąc do jednych słyszałem w słuchawce srogi strumień szamba pod adresem tych drugich i vice versa. Środowisko paralotniowe od zawsze było wewnętrznie skłócone a tutaj dochodził do tego aspekt rywalizacji sportowej, która nakręcała niezdrowe emocję. W końcu musiałem jednak opowiedzieć się za wersją którejkolwiek ze stron, gdyż obydwie były od siebie skrajnie różne. I tu zaczynają się problemy..

Otóż zacząłem dryfować w stronę opcji XCportal/Kraków i choć jeszcze o tym nie wiedziałem ten błąd miał mnie bardzo, ale to bardzo dużo kosztować.

Każdy popełnia błędy. Im bardziej skomplikowanej i szeroko zakrojonej działalności się podejmujemy tym większe ryzyko popełnienia błędu. Często a raczej w większości przypadków błędy popełnia się przypadkowo działając w dobrej wierze. Jest to całkowicie normalne i należy się do tego przyzwyczaić. Dlaczego ja poszedłem w stronę XCPortalu? Głównie przez zboczenie zawodowe. W tamtym czasie pracowałem jako „Integrator IT/telco” tzn. osoba odpowiedzialna za integrację sieci teleinformatycznej (w skrócie po prostu ‚komputerowej’) dla systemu Smart City w Rzeszowie. Chciałem pójść typowo w inżynierię oprogramowania. XCPortal zgłaszał potrzebę wprowadzenia jakiegoś sytemu wymiany informacji o zgłoszeniach do Straży Granicznej, który miał by być potem wykorzystywany podczas sędziowania, tj. rozliczania kto zgonie z regulaminem latał w strefach TRA a kto nie. Dla mnie był to idealny projekt do mojego portfolio umożliwiającego start mojej kariery jako zawodowy programista.

Gdzie był błąd? Lokalne środowisko (jak się potem okazało całkiem słusznie) nie chciało i nie odczuwało potrzeby istnienia czegoś takiego. Problem był w tamtejszych lokalnych realiach totalnie wirtualny i sztucznie wytworzony przez ludzi z zewnątrz. Dotyczył w zasadzie głównie osób, dla których ważna była tabelka w xcportalu i punkty to WXC. Reszta to ignorowała, po prostu dzwoniła na SG i latała, tyle.

Piloci nad ‚Mszaną Paryj’ Jednym ze startowisk w TRA. Autor zdjęcia nieznany, katalog w systemie plików opisany ‚Zdjęcia od Janka’

Ja, omamiony chęcią stworzenia czegoś niepowtarzalnego. Złożonego systemu IT współpracującego z innymi, zewnętrznymi systemami a nawet oferujący powiadomienia SMS czy aplikację mobilną brnąłem w to dalej, nakręcany przy okazji przez personel XCPortalu . Jestem osobą silnie koncentrującą się na osiągnięciu celu. Gdy uznam, że rzecz której się podejmuje jest interesująca, społecznie potrzebna, czy jest swego rodzaju wyzwaniem to z determinacją dążę do jej realizacji bez względu na koszta, czas, wkład własny itp. Tutaj okazało się to być przekleństwem, z którego jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy. 

APOGEUM CZYLI KRYZYS GRANICZNY

Atmosfera była cały czas lekko gorąca ale jeszcze nie gotująca się. XCPortal cały czas oficjalnie przekonywał, że dąży do wypracowania sposobu weryfikacji zgłoszonych na platformę lotów. W tej kwestii obowiązywało de facto „vacatio legis”. Niestety wydarzyło się coś jeszcze. „Z okazji” Światowych Dni Młodzieży przywrócono kontrolę na wewnętrznych granicach Schengen. W praktyce polegało to na tym, że granice można było przekraczać tylko w wyznaczonych do tego celu miejscach. Było ich oczywiście dużo więcej niż przejść granicznych z np. Czechami przed przystąpieniem do UE ale jednak oficjalnie nie można było przelatywać przez granicę glajtem, chyba że zostało by się odprawionym indywidualnie przez SG.

Był to bardzo duży impas i zgryz nie tylko na Podkarpaciu. Skontaktował się ze mną Piotrek Blachnik z Wałbrzycha. W Karkonoszach i Górach Suchych oraz Sowich problem był podobny jak w XCPortalu. Jak i czy w ogóle rozliczać loty z przekroczeniem granicy państwowej w okresie w którym de facto albo przekraczać jej nie wolno albo można to robić na nie do końca jasnych warunkach? 

Zamek Książ widoczny z perspektywy punktu widokowego, na którym siedzieliśmy z Piotrkiem Blachnikiem w Czerwcu 2018 kontemplując jak ciężkie jest życie społecznika – Autor Zdjęcia: Piotr Hałun (CC BY-SA)

Ognisko zamiast przygasać rozpalało się coraz bardziej. Zamiast próbować jakoś tą sytuację unormować dolewano benzyny z wiadra. Tu zaczyna się w zasadzie początek punktu krytycznego, który zmienił u mnie wiele rzeczy raz na zawsze. Brnąłem dalej bez sensu w jednym kierunku dając się wykorzystać przez załogę XCPortal. Brutalna prawda jest niestety taka, że znaleźli we mnie kozła ofiarnego. Osobę, która myśląc że robi dobrze odwali za nich całą brudną robotę wystawiając się na ogień publicznej krytyki. W razie czego to winny będzie Lubecki (no i PSP) a nie XcPortal, który przecież jest tylko platformą społecznościową do dzielenia się i rozliczania zapisów lotów z GPS.

Zrobiłem rzecz najgorszą z możliwych, która zaważyła na mojej dalszej przyszłości. Zresztą poniżej zachował się jeszcze oryginalny news, który na tą okazję wrzuciłem na stronę stowarzyszenia (http://psp.org.pl). Jest tam skan otrzymany ze Straży Granicznej na moje zapytanie o to, czy wolno we wskazanym terminie latać przez granicę czy nie i w jakich okolicznościach.

Odpowiedź SG w sprawie lotów transgranicznych (rozporządzenie MSWiA z 1 czerwca)

Po co to zrobiłem? Na pewno nie dlatego, że Stowarzyszenie miało w tym jakiś interes. Jakiś interes na pewno miał w tym XcPortal a ja działałem pod wpływem impulsu, odpowiednio przez nich „urobiony ideologicznie” do całej tej sytuacji oraz jej uczestników (głównie pilotów z Podkarpacia).

Po co to piszę? Po to żeby pokazać, jak bardzo ale to bardzo cieńka jest linia po której porusza się działacz. Jak bardzo trzeba uważać z kim i o czym się rozmawia. Jak bardzo trzeba zwracać uwagę na pobudki dla których dana strona reprezentuje takie a nie inne poglądy. A przede wszystkim trzeba zawsze zachować zimną krew i najlepiej nie stawać nigdy jednoznacznie po żadnej ze stron.

Co mi to dało? Zostałem publicznie uznany za konfidenta i osobę działającą na szkodę własnego środowiska. Zaczęła się publiczna nagonka na moją osobę podczas której kilku konkretnych pilotów z Rzeszowa i okolic używając przeróżnego typu inwektyw oraz bardzo wulgarnego języka obrażało mnie publicznie w Internecie. Byłem też głośno obśmiewany i wyszydzany na startowiskach paralotniowych, zarówno za plecami podczas mojej nieobecności, jak i prosto w twarz.

Startowisko paralotniowe na Górze Chełm koło Grybowa
Startowisko paralotniowe na Górze Chełm koło Grybowa

Gwoździem programu była szarpanina na starcie na Górze Chełm koło Grybowa w Małopolsce (okolice Nowego Sącza i Krynicy Zdrój). Po serii inwektyw słownych zostałem kilkukrotnie popchnięty i wepchnięty w zarośla, których jak widać na powyższym zdjęciu jest mnóstwo. Na do widzenia dowiedziałem się, że mam wypierdalać i nigdy więcej nie pokazywać się na żadnym startowisku w rejonie.

Bynajmniej nie miałem nawet zamiaru gdziekolwiek się pokazywać. Po kilku dniach od tej sytuacji zrozumiałem co tak naprawdę zrobiłem. Moja to, nazwijmy „kondycja psychiczna” znajdywała się wtedy na dnie. Nie mogłem spać, nie mogłem normalnie pracować i myśleć. Zostałem całkowicie sam ze swoim problemem. Kilka dni potem postanowiłem całkowicie wyłączyć system, który stworzyłem. Wyłączyłem serwer aplikacyjny i usunąłem całkowicie bazę danych i wszystkie istniejące jej kopie zapasowe. Na tamten czas chciałem etap paralotniarstwa zamknąć raz na zawsze. Co na to XCportal? Podczas rozmowy z jednym z pracowników XCportalu usłyszałem tylko: „Ale jak Mateusz. Tyle? Koniec?” Tak, koniec. Już nie było rozmów telefonicznych w których żywo dyskutowaliśmy „problem graniczny” i w których słyszałem bardzo krytyczne opinie o podkarpackich pilotach. Niejako wykonałem swoje zadanie. XCportal zobaczył moim kosztem gdzie jest granica (hehe) tego problemu i co należy w tym momencie zrobić. Należało nic nie robić i problem po prostu zamknąć czekając aż sam przycichnie. 

Czego się przy tym nauczyłem? Jak już napisałem pokazało m to, jak bardzo ważne jest pilnowanie samego siebie i uważanie na prawdziwe pobudki. Co w dalszym ciągu zrobił XCPortal? Nic. Na chwilę obecną chyba wszystkie loty są kwalifikowane jako konkursowe, bo po prostu zakłada się tutaj że pilot dopełnił ciążącego na nim obowiązku. W szczegóły już nikt nie wchodzi.

The lunatic is on the grass
The lunatic is on the grass
Remembering games and daisy chains and laughs
Got to keep the loonies on the path
~ Pink Floyd "Brain Damage"

Czy dostałem od XCPortalu jakiekolwiek wsparcie (nawet emocjonalne) w tej trudnej sytuacji? Nie. Czy przejmuje się, że ten wpis wywoła burzę i zapewne roszczenia ze strony XCPortalu? Nie, bo prawda zawsze kole w oczy.

CO DOStaje się od paralotniarzy w zamian

Nieco wyżej wrzuciłem zdjęcie z widokiem na zamek Książ i wspomniałem o moim koledze, Piotrku Blachniku z Wałbrzycha. Jest to człowiek tak niezwykły,  że pozwolę sobie krótko go wspomnieć (oczywiście za jego wiedzą, zgodą i review treści). Piotrek jest człowiekiem, który pamięta prehistorię tego sportu w Polsce. Latać zaczynał w połowie lat 90tych, kiedy miał zaledwie 15 lat. Pamięta czasy kiedy na latanie dojeżdżało się najczęściej PKSem, w porywach do Poloneza albo Fiata Cinquecento (łamane na 126p). Modne były wtedy jaskrawe ubarwienia skrzydeł i jaskrawe kombinezony z ortalionu. No cóż takie wtedy były czasy.

Bezmiechowa Górna koło Leska – Bardzo stare zdjecie, pochodzace prawdopodobnie z 1995 roku (albo jeszcze starsze). Wszystkie paralotnie w powietrzu sa produkcji Bogusława Pelczara z Krościenka Wyżnego

Takie jakby bardziej spokojne czasy. Nic z nich nie pamiętam, bo moje jako takie świadome życie zaczęło się dopiero od 98~99 roku ale nawet wtedy było jakoś tak inaczej. Nie było internetów, nie było komórek. Ludzie jakoś bardziej byli otwarci na drugiego, częściej ze sobą rozmawiali i chętniej ze sobą współpracowali ku osiągnięciu wspólnego celu. Piotrek bardzo szybko zaczął być właśnie takim społecznikiem. Na grupie paralotniowej (i jego FB) można znaleźć rozliczne dowody jego działalności na przestrzeni wielu lat. Dla mnie czynem zasługującym na po prostu podziw była walka z Kopalnią Melafiru ( i de facto z Burmistrzem Mieroszowa ) o zachowanie Andrzejówki a przede wszystkim o zachowanie startowiska na Klinie w Rybnicy Leśnej. 

Demokracja i pluralizm kończą się tam, 
gdzie zaczyna odmienne zdanie. 

Alleluja!
~Piotrek Blachnik

To już nie było pici polo na małe bramki. To było wkładanie w imię racji paralotniarzy ręki w tryby napędzane ogromnymi pieniędzmi. To mogło się zakończyć naprawdę źle. Nie chcę niczego sugerować ale wszyscy mieszkamy w tym samym kraju i wiemy jak się czasami kończy zadzieranie z władzą i wielkim biznesem.

Post FB autorstwa Piotrka, który zdradza nieco kulisów na temat jego heroicznej akcji. Oczywiście umieszczony za jego wiedzą i zgodą.

Jak jest teraz? Czy tak skrajne poświęcenie samego siebie dla innych spotyka się z uznaniem?

Mnie czasami zastanawia skąd u ludzi aż takie skurwysyństwo 
się bierze. Ja rozumiem, że większość paralotniarzy działa 
na zasadzie najpierw coś zrobię a potem pomyślę no ale bez 
przesady. Przez podejście kilku osób Benek stwierdził że ma 
to w poważaniu i położył projekt z którego ludzie korzystali.
Z nieco podobnych powodów np. Piotrek Blachnik dał sobie 
ostatnio całkowicie siana z robieniem za działacza. Człowiek,
który pamięta prehistorię tego sportu.... Przykre to bardzo,

Ludziom czasami wydaje się, że przecież to wszystko im się należy i to jest normalne, że taka  i inna osoba podejmuje się działalności społecznej. Dla niektórych wręcz niestosowne jest przypominanie o tym ile wysiłku, czasu i pieniędzy to wszystko kosztuje. Przecież co to jest taki wyjazd do Warszawy do PAŻP. A jeszcze ciasteczkami na miejscu poczęstowali.

Tak jak i Piotrek, tak i również ja z czasem odczuwaliśmy coraz większy bezsens tego co robimy. Może nie tyle bezsens, co całkowity brak wsparcia z drugiej strony.

Myślicie, że taki działacz – społecznik jest w środowisku powszechnie poważany? Oczywiście, że nie. Paralotniarze bardziej docenią kolegę latającego dalekie przeloty XC niż osobę dzięki której ten przelotowiec będzie miał gdzie polecieć. Ludzie po prostu nie rozumieją kompletnie realiów w których porusza się społecznik. Wróćcie sobie jeszcze do pierwszego paragrafu i przeczytajcie jeszcze raz całość o konsultacjach społecznych. Ilu z was zdawało sobie sprawę z tego, że to tak wygląda?

Jeżeli jednak miałbym usystematyzować to co napisałem powyżej i wymienić kilka najistotniejszych cech które zniechęcają najbardziej to:

  1. Roszczeniowe podejście. Przeświadczenie ludzi, że są tak zajebiści że wszystko należy im się „z urzędu”.
  2. Skłócone środowisko, które opluwa się nawzajem. Konieczność stawania pomiędzy dwoma „nielubiącymi się” grupami i albo godzenia ich, albo z przymusu opowiadania się za jedną z opcji.
  3. Brak woli współpracy jako społecznik. Wynikający albo z roszczeniowego podejścia albo po prostu z lenistwa. Ludziom często nie chcę się dać czegoś od siebie i czekają na załatwienie problemu przez kogoś innego.
  4. Brak jakiejkolwiek wdzięczności. Dość często zdarza się, że osoba robiąca coś dla środowiska nie słyszy nawet prostego „dziękuję”, choć akurat jeżeli nic nie słyszy to i tak jest dobrze bo..
  5. Publiczne obelgi i bezpodstawna krytyka. .. bo może się na siebie srogo nasłuchać. Czy po jakimś błędzie, czy na skutek niezrozumienia, że nie wszytko się da. Każdy powód jest dobry aby komuś publicznie naubliżać.
  6. Odrzucenie. Na koniec wisienka na torcie. Czasami zdarza się, że społecznika głaska się do puki jest on potrzebny do pewnych celów. Gdy przestaje, takiemu człowiekowi daje się w prezencie kopa w rzyć i mówi „Spadaj, sam żeś się zgłosił do pomocy. Nikt ciebie o nic nie prosił”.

Na koniec. Pamiętacie tą historię o szkoleniu paralotniowym z akapicie o Akademickim Klubie Lotniczym? Po co o nim w ogóle po wtóre wspominam i co takiego się tam wydarzyło?

Naszą wspaniałą grupkę dowoziłem na szkolenie samochodem wziętym z domu. Pomimo, że po śmierci Ojca był zarejestrowany również na mnie (na współwłaściciela) to musiałem się długo dopraszać Matki żeby pozwoliła mi nim gdziekolwiek jechać. Stary Opel Vectra A 1.8i (polift). Włączający się tryb awaryjny skrzyni biegów, wywalona uszczelka pod głowicą, ciśnienie w układzie chłodzenia itp. Oczywiście jeżeli auto stanęło by na trasie to oficjalnie była by to wyłącznie moja wina i to ja musiałbym płacić za naprawy (pomimo, że auto miało wtedy ponad 20 lat, no ale weź tu tłumacz…). Najczęściej to ja płaciłem za paliwo, bo moi koledzy mieli najwyżej 15 pln żeby się dorzucić. Sam oczywiście nie latałem, bo albo na mój sprzęt nie było już miejsca albo po prostu warunki były typowo szkoleniowe bez szans na zabranie się. 15 zlota z wyciągarki nie chciało mi się robić. Wszystko było miej więcej fajnie do momentu w którym zaczęły do mnie spływać pewnie niepokojące informację. Pierwszą z nich było to, że koledzy z klubu nie mając jeszcze swoich uprawnień próbowali samodzielnie latać na sprzęcie uczelnianym. Żeby było jeszcze ciekawiej to dowiedziałem się, że latali w warunkach w których doświadczeni piloci siedzieli grzecznie na ziemii. W słuchawce telefonu usłyszałem: „Ej weź coś z tym zrób, bo normalnie rzeź” 

No i zrobiłem. Wziąłem zainteresowanych na pogadankę i w żołnierskich słowach wytłumaczyłem: „Jak twoja matka ma wywalić 50 tysięcy żebyś sobie zrobił PPLa i nalot, żeby dostać się na pilotaż, to będzie miała dać adwokatowi i sądzić się z uczelnią jak się ubijesz przez własną głupotę. Ani ja, ani Wiesiek (opiekun naukowy) nie mamy zamiaru biegać to Rektora na dywanik i tłumaczyć się, bo na pierwszej stronie w Nowinach (lokalna gazeta) było zdjęcia trupa studenta ze skrzydłem z reklamą politechniki. Albo się dostosujecie i będziecie robić co każe albo wynocha.”

Po czym usłyszałem od osoby trzeciej, że za plecami srogo obrabia mi się rzyć bo: „Czepiam się”, „sam nie potrafię tak latać i zazdroszczę”. I taka to była wdzięczność za to, że załatwiłem im kurs paralotniowy, zniżkę, instruktora i jeszcze ich na to wszystko woziłem.

Powoli dochodzę do wniosku, że jednak jestem frajerem…