Całka po wszystkich błędach w paralotniarstwie – 2 — Psychiatria sportów ekstremalnych

… Przypadki beznadziejne i trudno rokujące.

W pierwszej części napisałem nieco o (nie)bezpieczeństwie paralotniarstwa. Omówienie ze szczegółami co i w jakich okolicznościach może stać się z paralotnią wymagało by ogromnej ilości tekstu i wiedzy, która wykracza nieco poza to w czym ja czuje się mocny. Tematy typu wędrówka środka parcia, rozkład siły unoszenia na profilu, Cx, Cz itp. itd. to nieco skomplikowana tematyka. Do pipcenia na Javcu, Skrzycznem i Straniku nie jest ona absolutnie niezbędną, zresztą nie chodzi mi nikogo o zasypywanie wszystkich trudną terminologią a raczej poruszenie trudnych tematów 🙂

https://demotywatory.pl/3369199/Trudne-Sprawy
https://demotywatory.pl/3369199/Trudne-Sprawy

Mój poprzedni post zakończył się pytaniem: „Dlaczego paralotniarz lata”. Oczywiście nie chodziło tu o te wszystkie Czty i Cxy albo inne takie tam. Chodzi tu o aspekt psychologiczny (a w niektórych przypadkach zahaczający o psychiatrię). Postaram się tu odpowiedzieć na to jak ja traktuję latanie ze swojej perspektywy, jak ta perspektywa zmieniała się na przestrzeni lat. Zajmę się tym z czym sam się zmagałem w mojej głowie oraz tym z czym mogą zmierzyć się początkujący paralotniarze i inni niedzielni latacze. 

Zaczynając od początku. Ostatnio ustaliliśmy, że latanie na paralotni nie jest w cale tak bezpiecznie jak jest reklamowane. Paralotniarz chcąc, nie chcąc musi zmagać się z bezwzględnymi siłami przyrody i toczyć pewną walkę, którą może w pewnych okolicznościach przegrać. Celowo nie podawałem tam ani nawet nie próbowałem podawać żadnych statystyk. Chodziło o wydobycie z czytelnika pewnej pierwotnej refleksji i zastanowienia się nad tym co tak naprawdę motywuje go do latania (zakładałem target około paralotniowy). Liczby chyba skłoniły by do odrzucenia pewnych faktów, gdyż zawsze można by powiedzieć, że „ryzyko wypadku czy śmierci jest na tyle małe, że mogę o tym w ogóle nie myśleć”

Prawdziwych liczb nikt nie zna. Wypadki bez poważnych urazów ciężko śledzić, bo cały czas w branży panuje zmowa milczenia. Nikt nic nie mówi, nikt nic nie piszę w obawie o urażenie ofiary bądź jej najbliższego otoczenia. U nas w Beskidach zanotowano chyba 3 albo 4 wypadki w tym sezonie z czego jeden dotyczył pasażera tandemu (okoliczności pominę, wystarczy powiedzieć że są mocno kontrowersyjne). Oprócz tego mieliśmy jeden wypadek ze skutkiem śmiertelnym na Skrzycznem. Oczywiście do tego należy doliczyć wiele zdarzeń typu wiszenie na drzewach albo krzakach (Na Javorovem wisiały dwie lotnie!!!), lądowanie w wąskich przecinkach, na nartostradzie itp itd.

Marek Furman - Paralotniowo Skupina "Dmuchawce"
Marek Furman – Paralotniowo Skupina „Dmuchawce”

Nie da się ukryć, że paralotnie są dla ludzi „Którzy nie pękają na robocie”. 

Takiego sformułowania, choć w odniesieniu do innego sportu użył pewien mój znajomy z Karpacza. Nie parafrazuję tego bynajmniej aby pokazać jacy to zajebiści jesteśmy i jakich to nadludzkich umiejętności wymaga pilotaż paralotni. Zarówno pierwsze, jak i drugie nie ma miejsca. Nie da się jednak zaprzeczyć, że paralotnie są sportem, który bardzo intensywnie eksploatuje psychikę w obszarze walki z własnymi lękami.

Każdy paralotniarz tak naprawdę boi się latania. W psychice paralotniarza zawsze znajduje się swego rodzaju „waga mentalna”. Na jednej szalce znajduje się strach, a na drugiej satysfakcja jaką uzyskuje się z uprawiania tego sportu. W zależności do tego na którą stronę ta „waga mentalna” jest przeważona, paralotniarz lata bądź nie. Latanie na paralotni jest to jednak wyrok dożywocia. Nie da się tak po prostu w pewnym momencie wstać, wyjść i już nigdy nie wrócić. Mówi się nawet, że pojęcie „były paralotniarz” należało by zamienić na „paralotniarz w stanie oczekiwania”.

Skąd ta skrajna rozbieżność? Między innymi dlatego, że sporty które dostarczają sportowcowi/zawodnikowi bardzo silnych emocji takich jak satysfakcja z rozwoju w dyscyplinie, satysfakcja z samego momentu uprawiania tejże, czy też euforia z odnoszonych sukcesów i osiągania kamieni milowych.. Te wszystkie sporty zawsze wiążą się z ryzykiem. Nie mam tu w zamiarze dyskryminowania takich czy innych dyscyplin ale zdecydowanie należy posegregować kilka z nich na te dające „większy odjazd od innych”.

Autor: Jarek TryFly Parasofa :)
Autor: Jarek TryFly Parasofa 🙂

Ciężko ukryć to, że od tego odjazdu można się dość łatwo uzależnić 😉 Brzmi to wprawdzie jak wstęp do narkomani ale uspakajam wszystkich początkujących adeptów, że to zdecydowanie nie to samo 🙂 Jak napomniałem paralotniarz odczuwa bardzo dużą satysfakcję z uprawiania swojego sportu i myślę że w większości przypadków, tuż po lądowaniu odczuwa silną konieczność startu czym prędzej jest to możliwe. Można by to w zdecydowanie przesadzony sposób, ale jednak przyrównać do skoczków BASE. Polecam przy tym obejrzeć sobie dokument Antona Kaljużnija pt. „The bridge to nowhere” (oryg: Мост в никуда). Wiać u tych ludzi w zasadzie paniczny strach przed skokiem ze skały co jednak nie przeszkadza im aby tego skoku dokonać. Adrenalina? Uzależnienie od ryzyka?

Dokąd prowadzi droga rozwoju skoczka BASE? Na cmentarz…

 

U paralotniarzy emocje oczywiście nie są tak silne, bo i ryzyko jest kilka rzędów wielkości mniejsze. Co jednak czuje paralotniarz przed startem? Przeważnie gdy wchodzi się na startowisko ze sprzętem jeszcze w plecaku jest się pełnym entuzjazmu. Piękna pogoda, wiatr w start i śliczne cumulusy na niebie. Po chwili okazuje się najczęściej, że nie jest tak fajno jak wygląda….

Generalnie w Polsce bardzo trudno jest trafić na idealną pogodę do latania. Najczęściej po przyjściu na start okazuje się, że kierunek jest trochę nie taki jak powinien. Wieje za słabo albo za mocno, ze zbyt dużymi porywami, zachmurzenie jest zbyt duże itp itd. Po kilku chwilach początkowy entuzjazm zaczyna opadać. Pojawia się coraz więcej wątpliwości i dwie obawy:

  • Obawa o zrobienie zlota – Duża zwłaszcza w przypadku wysokich gór bez wyciągu/kolejki gondolowej bądź innego środka lokomocji umożliwiającego szybki, ponowny powrót na start. Na starcie jednego lotu wybranie odpowiedniego momentu jest ważne tym bardziej, gdy warunki są słabe. Naprawdę nic tak nie denerwuje jak widok kolegów latających i wykręcających się pod podstawę, podczas gdy samemu siedzi się na lądowisku po kilkuminutowym zlocie.  Pojawia się więc pytanie: „Czy startować teraz czy zaczekać?”, „Potem będzie lepiej czy gorzej?”
  • Obawa o zbyt mocne warunki – Sytuacja zgoła odmienna od poprzedniej, mająca zastosowanie kiedy warunki są aż za dobre. Gdy widzi się kolegę walczącego z przewianiem albo dostającego co nóż srogie połówy to człowiek zaczyna się zastanawiać czy jednak jest po co startować. Również i tutaj serce walczy z rozsądkiem. Z jednej strony kolega lata a Ty przecież też tak bardzo chcesz sobie polatać. Wiesz, że z perspektywy uprzęży to wszystko nie wygląda tak strasznie jak na ziemi ale twój rozum podpowiada „synek daj se pozor”. Wiesz, że rozsądek nakazuje nawet zjechać na dół jeżeli czujesz, że nie ogarniasz wystarczająco dobrze aby poradzić sobie w powietrzu ale jednak ból dupy wzmaga i wiesz, że nie mógł byś potem wysiedzieć mając w świadomości, że „oni polatali a ja nie”. Generalnie wymarzony wstęp do wypadku lotniczego albo urazu psychicznego
Porywy ponad 120km/h to raczej zdecydowanie za mocno jak na paralotnie 🙂

Kontynuując wątek warunków w powietrzu i na starcie nie sposób napisać więcej o wspominanych urazach psychicznych. Wg. Zbigniewa Gotkiewicza jednym z główniejszych powodów kończenia kariery.

Jak wspomniałem z perspektywy uprzęży wszystko wygląda nieco inaczej i mniej strasznie niż z poziomu startu…. Oczywiście do czasu… Do czasu kiedy po prostu przesadzimy z warunkami i jednak post factum okaże się, że lepiej było zostać na ziemi. Niestety paralotnia to nie debugger. Tu nie możemy postawić breakpointa, wcisnąć pauze, przełączyć call stack czy w ostateczności po prostu dać „stop”. Tu musimy jakoś wylądować. Oczywiście walka z żywiołem jest bardzo satysfakcjonująca ale w ostateczności potrafi całkowicie zepsuć całą przyjemność. Bo jaki jest sens latania na turbo żaglu z nogą na belce przyspieszacza, gotową do użycia w każdej chwili gdy tylko znowu zaczniesz stać w miejscu. Niby to latanie ale tak nie do końca, a gdy jeszcze musisz pilnować dolotu do lądowiska (pod wiatr oczywiście) to już w ogóle można się zastanowić co się ze sobą robi. Chcesz więc odejść do lądowania ale jednocześnie bijesz się z myślami, że może jeszcze 15 minut dasz radę. Wprawdzie żagiel to dla niektórych przelotowców takie gorsze latanie ale jednak nalot stuka. Już chcesz odkręcić pod wiatr ale jednak nie możesz, wracasz nad szczyt ale gdy po raz wtóry Cię stawia masz jednak ochotę lądować.

Z innej mańki. Początek kwietnia nad wschodnim startowiskiem na Skrzycznem, godzina 13. Bezlitosna termika z potężną mocą chłoszcze twoje skrzydło szargając Cię w kominach o wznoszeniu znacznie przekraczającym 5m/s. Intensywnie pracujesz aby utrzymać skrzydło nad głową i w wąskich, mocnych noszeniach ale Twój bój z matką naturą zaczyna przypominać walkę o przetrwanie. Skrzydło buja się (klesa) przód-tył. Lewa połówka wlatuje w kolejne bardzo silne noszenie przez co czujesz, że cały układ przechyla się w prawo. Instynktownie przerzucasz ciężar w uprzęży na lewą stronę i dociągasz lewą sterówkę żeby wgryźć się w noszenie. Dostajesz  jednak soczystą bombę, która wprawdzie szybko otwiera się już po 2~3 sekundach ale jednak czujesz mocnego adrenalinowego kopa. Kop ten ma jednak w sobie łyżkę a w zasadzie wiadro dziegciu. Zaczynasz czuć coraz większy dyskomfort.

W moim przypadku taki dyskomfort doprowadził kiedyś do nieco przypadkowego przelotu. Będąc w Słowenii w 2014 roku pierwszy lot który odbyłem miał miejsce nad startowiskiem na Kobali. Chciałem się pokręcić przez godzinę lub dwie dla rozgrzewki. Waliło jednak tak mocno, że w pewnym momencie stwierdziłem, że jednak mam dość i lecę na lądowisko… Lądowisko w Gabrje przeleciałem wtedy o jakieś 20 kilometrów 🙂

Generalnie ujmując: Przez kilka złych decyzji, start w zbyt mocnych warunkach albo wręcz przeciwnie, zaniechanie startu pomimo dobrych warunków można okropnie zciachać sobie psychike

 

Paralotnie to sport, który rozgrywa się głównie w głowie. Tu najczęściej nie potrzeba bardzo dobrej kondycji fizycznej, bo choć latanie swobodne jest męczące to do pociągania za sterówki i balansowania ciałem nie trzeba mieć muskulatury kulturysty. Trzeba mieć jednak bystry umysł i radzić sobie z własnymi emocjami. Gdy zaczniesz sam siebie nakręcać i popadniesz w zbytnią ostrożność możesz doprowadzić do mentalnej katastrofy. Zaczniesz przychodzić na start z silnym uczuciem, że coś jest nie tak. Za słabo, za mocno, za duża odchyłka albo co gorsza z nieokreślonym lękiem przed nie do końca wiadomo czym. Będziesz zwlekał z przyszpejeniem się a z czasem możesz dojść do etapu w którym po prostu będziesz schodził ze startu i choć z jednej strony bardzo chcesz latać to boisz się go zbyt bardzo aby wystartować.

Gdzie leży jeden z możliwych źródeł problemu? Jedną z nich jest to z kim latasz. W zdecydowanej większości przypadków raczej nie będziesz jeździł na latanie sam i samoistnie znajdziesz towarzysza (towarzystwo) na wspólne wyjazdy. Ważne jest aby najbliższe otoczenie paralotniowe, czyli paragliding team w którym uczestniczysz odpowiadał twoim umiejętnościom. Nie ma sensu doczepiać się do przelotowców, bo szybko mogą Ciebie (zielonego) zacząć wykorzystywać jako darmowego kierowcę do zwózek. Należy jednak jak ognia omijać wujów a przede wszystkim ludzi z którymi będziesz się wzajemnie negatywnie nakręcał. Oczywiście nie zachęcam do żadnych antypatii i alienowania się na kogokolwiek z tytułu jego lęków. Najgorsze jednak co można zrobić to siedzieć na starcie i wmawiać sobie i wzajemnie potwierdzać, że jednak jest za mocno i lepiej nie startować.

W moim przypadku nie potrzebowałem zbyt dużo aby narobić sobie problemów z głową. Kamieniem o którego potknąłem się na równi pochyłej i pojechałem w dół był dzień pokazany na powyższym zdjęciu. Zawody na celność lądowania na Żarze kilka lat temu. Było mocno ale nie aż na tyle aby piloci nie startowali i nie latali na żaglu. Mój problem polegał na tym, że razem z kolegą zaczęliśmy się wzajemnie nakręcać, że jednak jest mocno i niebezpieczne. Nakręcaliśmy się do momentu w którym obydwaj zeszliśmy na piechotę w dół. Stojąc pod dolną stacją kolejki czułem się przegrany, co więcej czułem że coś się zmieniło i to nie jest kolejny raz kiedy „było za mocno”. To był pierwszy przypadek w którym miałem tak silne przeświadczenie, że to w zasadzie koniec kariery lotniczej dla mnie.

W praktyce oznaczało to przerwę. Prawie półtora roczna przerwę od latania w której zacząłem coraz przychylniej patrzeć w stronę PPG (loty z napędem silnikowym), jako ciekawej alternatywy umożliwiającej przyjemne i bezstresowe latanie. Do latania swobodnego wróciłem w lecie 2017 roku wraz z przeprowadzką do Bielska-Białej. Przestałem się oszukiwać, że mogę żyć bez latania i zapełnić tą pustkę czymś innym. Choć to latanie pożerało i w dalszym ciągu pożera ogromną ilość wolnego czasu, oraz gotówki to zmieniłem swoje podejście do tego sportu o 180 stopni.

Idąc od samego początku można by wyróżnić kilka następujących po sobie etapów, w których postrzegałem paralotniarstwo przez przeróżny pryzmat. Myślę jednak, że podobne zasady można by w pewnym uproszczeniu przełożyć na bardzo wiele różnych innych sportów.

  1. Początkowa platoniczna fascynacja — Do paralotniarstwa trafiłem całkowicie przypadkowo. W listopadzie bądź grudniu 2010 roku zostałem poproszony przez mojego znajomego o zgranie i konwersję pewnego amatorskiego filmu nagranego kamerą zapisującą materiał na małych płytkach DVD-RW. Na nośniku było zapisane sporo materiału i zanim odszukałem ten konkretny, natrafiłem na kilka kadrów na których tenże mój znajomy ćwiczył ground-handling a potem próbował nauczyć tego samego grupę dwóch, trzech swoich znajomych.To wystarczyło żebym wpadł. Te kilkadziesiąt sekund filmu zaważyło na kolejnych 8 latach mojego życia. Lataniem byłem zauroczony, wręcz dorabiałem do niego metafizyczne przymioty i traktowałem jako duchowe doświadczenie. Często śniło mi się, że lecę na paralotni w wysokich górach i z braku innej możliwości wyobrażałem sobie jak to wszystko z góry wygląda. Zafascynowany byłem głównie faktem, że oto w zasadzie każdy, nawet niezbyt zamożny człowiek może dyndać pod chmurką albo w wysokich górach mając do dyspozycji wyłącznie prosta uprząż i dupne skrzydło uszyte z materiału, będąc otoczonym niczym innym niż przestrzenią powietrzną (w odróżnieniu od szybowca gdzie pilot jest jednak oddzielony owiewką)Pierwsze loty na szkoleniu paralotniowym są ciężkie do opisania. Po prostu nikt kto nie latał tego nie zrozumie. Pierwsze kilka lotów, a przede wszystkim pierwszy wysoki lot z góry o deniwelacji > 300 metrów to najbardziej intensywne momenty w moim życiu. Nigdy wcześniej i nigdy później nie czułem tak silnych emocji 

    Lipiec 2011 roku. Widoki przed i w trakcie pierwszego w życiu lotu wysokiego 🙂 Nie sposób się nie oprzeć urokowi 🙂
  2. Fascynacja już bardziej racjonalna – Po kilku pierwszych lotach emocję zaczynają powoli opadać i człowiek zaczyna patrzeć nieco bardziej uważnie na to co robi i co dzieje się w powietrzu. Jest to jednak w dalszym ciągu etap w którym do zadowolenia wystarczy dokonanie kilku zlotów z mniejszej bądź większej górki. Zacząłem dostrzegać wtedy czym dla mnie jest to latanie, zrozumiałem że jest to sport, który chcę dość intensywnie uprawiać dalej i zacząłem snuć różnego rodzaju plany.Powoli rozumiałem czym tak naprawdę jest latanie i chciałem czym prędzej zacząć latać na termice i żaglu, generalnie zacząć latać a nie robić zloty. Do latania zacząłem podchodzić metodycznie. Zdawałem sobie sprawę, że mam małe doświadczenie a mój sprzęt do latania delikatnie mówiąc pozostawia bardzo wiele do życzenia.

    Kwiecień 2013 – przed pierwszym lotem na pierwszym ‚normalnym’ skrzydle Skywalk Tequila 1. Wcześniej latałem na wynalazkach pokroju Dudek VOX i Dudek VIP
  3. Przejście do porządku dziennego i pierwsze zgrzyty – Po jakimś czasie uprawiania paralotniarstwa zaczynasz się przyzwyczajać do tego że latasz. Powoli zanika początkowa fascynacja i często powoli przestajesz postrzegać paralotniarstwo jako coś szczególnego. To oczywiście nie jest regułą i nie zawsze wygląda to tak samo. Są ludzie, którzy uprawiają paralotniarstwo tylko i wyłącznie aby pokazać otoczeniu „patrzcie jaki ja jestem zajebisty”. Jest to bardzo przykre ale niestety tego typu sytuacje mają miejsce 🙁 Wracając do meritum. Po pewnym czasie zauważysz, że w rzeczywistości paralotniarstwo wygląda zupełnie inaczej niż na fajnych filmikach z Dolomitów. Widzisz, że paralotniarstwo pod wieloma względami jest sportem takim samym jak każdy inien, co więcej tutaj pogoda coraz częściej strzela Ci fochy. Jeździsz na latanie nie trafiając w warunki, nie możesz (nie potrafisz) się zabrać co napełnia ciebie coraz większą frustracją. Wiesz, że żeby osiągnąć wynik musisz dużo trenować ale wiesz też że nie masz tak dużo czasu i pieniędzy na latanie jak byś chciał mieć. W tym momencie wielu osobom brakuje determinacji i kończą ze sportem, co może mieć również podłoże po prostu z wcześniejszej niewiedzy i zwyczajnej prozy życia, nadmiaru obowiązków rodzinnych itp. Istotnym na tym etapie jest aby za wszelką cenę uniknąć porównywania się do innych i ślepej rywalizacji. Nie twierdzę, że zawody i xcontest.org są be. Po prostu trzeba umieć odróżnić siebie i swoje latanie od latania innych. Generalnie stoję osobiście na stanowisku, że nie ma czegoś takiego jak talent. Jeżeli ktoś mówi, że jest kiepski bo nie ma talentu, to tak naprawdę nie chcę mu się pracować wystarczająco ciężko. Jeżeli chodzi o paralotniarstwo to każdy w miarę zdrowy człowiek jest w stanie osiągnąć w zasadzie dowolny poziom latania. Jednemu będzie potrzeba miej czasu, drugiemu więcej ale to nie jest tak, że Chrigiel Maurer to jakiś nadczłowiek. Po prostu mieszkając w Alpach i mogąc poświęcać każda wolną chwilę na latanie osiągnie się dużo więcej niż szary pracownik korpo z 26 dniami urlopu.W lataniu istotne jest aby iść do przodu i robić swoje.  Jeżeli nie możesz załapać kontaktu z termiką to próbuj do skutku. Staraj się jasno definiować swoje problemy i analitycznie jest rozwiązywać. Nie wmawiaj sobie , że „ja się do tego nie nadaje” albo „latanie jest za trudne”. Skoncentruj się na tym na czym masz problem i rozłóż ten problem na mniejsze czynniki. Choć jeżeli mieszkasz w wysokich górach, tj. w okolicach Bielska-Białej, na Śląsku czy w okolicach Beskidu Wyspowego to być może nie będziesz miał takich problemów i po prostu zaczniesz latać 🙂 
    Skrzyczne – tu lata się zdecydowanie łatwiej

    Nie miej też do siebie wyrzutów jeżeli twoje wyniki są faktycznie gorsze od tych osiąganych przez kolegów. W paralotniarstwie karty rozdaje pogoda i jeżeli ty polatałeś 45 minut a twój kolega 90 minut to w cale nie oznacza, że koniecznie jesteś gorszy.  Twój kolega może mieć minimalnie lepsze skrzydło, mógł też trafić w lepszy moment, zbudował wysokość i latał na tyle wysoko że bez problemu mógł się utrzymać drugie tyle. W słabych warunkach liczy się każde 0.1 m/s opadania,  każde 0.1 jednostki doskonałości i każdy kg obciążenia skrzydła.

    Staraj się też nie latać „na hura” bez wcześniejszego planu. Nawet jeżeli zamierzasz odbyć tylko lot lokalny przy górce, pomyśl o nim wcześniej i go sobie wyobraź. Zastanów się skąd i jak silno wieje wiatr, przeanalizuj rzeźbę terenu i pomyśl gdzie można się spodziewać noszeń. Zaplanuj co zrobisz zaraz po starcie, kilka pierwszych manewrów zanim nabierzesz wysokości i rozeznania jak faktycznie jest w powietrzu.  Pomyśl też jak daleko możesz wypuszczać się w każdą stronę, jak głęboko możesz podlatywać pod stok ( na przykład aby nie wpakować na małej wysokości nad drzewa na wypłaszczeniu). W profesjonalnym sporcie to się nazywa ponoć „Trening mentalny”

    Staraj się analizować każdy lot. Jeżeli jesteś z niego niezadowolony odszukaj rzeczy, które Twoim zdaniem zrobiłeś źle i je zapamiętaj. Jeżeli jesteś z lotu zadowolony zapamiętaj to co zrobiłeś dobrze i staraj się to powtarzać.

  4. Akceptacja — Ostatnim etapem, do którego dotarłem po przeprowadzce do Bielska-Białej to właśnie zaakceptowanie mojego latania takiego jakie jest. Latając w Beskidach i innych miejscach masowego uprawiania tego sportu jesteś de facto anonimowy. Paralotniarze Tworzą wprawdzie dość niszową subkulturę ale masowość sprawia, że znajdziesz tutaj ludzi na każdym poziomie zaawansowania. Od świeżych absolwentów kursu, przez niedzielnych lataczy, po zawodników i akrobatów. W tej dużej grupie dużo łatwiej jest być po prostu sobą.Osobiście określiłem też ile realnie czasu oraz pieniędzy mogę poświęcać na latanie i oszacowałem czego można się po tym wkładzie spodziewać. Głównym założeniem było: nie brać urlopów na latanie, nie jeździć na południe Europy. Przy takim planie minimum nie spodziewam się, że będę latał tak samo jak ludzie, którzy co raz urywają się na latanie w wysokie góry. Zaliczają Dolomity, do tego Słowenię i Włochy. Wbrew temu co wydaje się kilku zawistnym osobom (są tacy), jako programista nie zarabiam 10 000 PLN miesięcznie netto. Każdy taki wyjazd to realnie 1500 do 2000 PLN i po prostu nie stać mnie aby rocznie przeznaczyć 6000 PLN na same tylko wycieczki zagraniczne. Mam też inne wydatki, o urlopie nie wspominając.Gdy zaakceptujesz swoje latanie takie jakie jest, nie będziesz miał już miał do siebie pretensji, że polatałeś gorzej (bliżej – krótszy przelot) od Iksińskiego i Igrekowskiego. Raz ty polatasz lepiej od nich, potem oni lepiej od Ciebie. Pamiętaj też, że tak naprawdę wielu pilotów (łącznie z zawodnikami!) ma mniejsze bądź większe kryzysy mentalne. Mało kto jednak ma odwagę się głośno przyznać do tego typu wątpliwości. Każdy chciałby być samcem alfa a mówienie o słabościach nie leży w tym archetypie.

A jak to wygląda u Was???

 

Dodaj komentarz