Rok w Bielsku

Zbliża się 1 sierpnia, czyli pierwsza rocznica mojej pracy w Bielsku-Białej. Przeprowadzka na Podbeskidzie była w zasadzie wywróceniem mojego dotychczasowego życia do góry nogami i zaczęciem wielu rzeczy całkowicie od nowa. Człowiek jest z definicji istotą zdecydowanie leniwą i raczej dąży ku temu aby mieć święty spokój a nie wystawiać się pod wiatr na coraz to nowsze wyzwania. W moim przypadku dotarłem jednak do tego etapu w którym trzeba było wykorzystać moment zgodnie z zasadą „teraz albo nigdy”.

Preconditions czyli warunki wstępne i tło historyczne

Urodziłem się w Rzeszowie w 1990 roku i spędziłem tam 27 lat swojego życia. Kumple z pracy już przyzwyczaili się do regularnych wspominek o tym mieście i całym regionie Podkarpacia z doklejonymi epitetami: „zaścianek”, „prowincja”, „zadupie”, „Panie a w Rzeszowie to….. (..)”. Do tego historie medialnie o tym kto miał ile promili, kto szmuglował kontrabandę w Korczowej a kto tankował gazem samochód który miał wymontowaną z instalacji butlę na LPG.

Oczywiście najczęściej fakty są nieco podkoloryzowane i naciągnięte aby w dość prześmiewczy sposób opowiedzieć o pewnych regionalizmach i przywarach jakich pełno w każdej części kraju. We wszystkim jest jednak solidny fundament niezaprzeczalnych faktów, które ostatecznie skłoniły mnie do tego aby poszukać szczęścia u sąsiadów za miedzą.

Pierwszą pracę dostałem w październiku 2014, cztery miesiące po ukończeniu studiów na polibudzie Rzeszowskiej. Pracę tą zorganizowała mi zresztą ta sama politechnika w ramach jakiegoś projektu staży dofinansowanych z UE. Przez ponad 2 lata pracowałem w pewnej korporacji budowlanej, a dokładanie w polskim oddziale hiszpańskiej korporacji skoncentrowanej raczej na krajach hiszpańskojęzycznych. Co ciekawe pracowałem tam jako ktoś w rodzaju wdrożeniowca od telekomunikacji / IT. Wprawdzie w papierach miałem wpisane „inżynier budowy” ale moje obowiązki sprowadzały się do ogarniania wszystkiego co związane z siecią teleinformatyczną (komputerową) którą firma budowała w ramach kontraktu dla miasta. Jako wszystko mam tu na myśli rzeczy od pisania dokumentacji, konfigurowanie i montaż urządzeń na obiektach, nieco pracy wysokościowej itp itd.

Nastał jednak rok 2017. Nie wszystko szło tak jak powinno i nie wchodząc w szczegóły moja praca coraz mniej przypominała pierwotne założenia. Coraz bardziej widziałem, że przyszłości to nie ma i trzeba jak najszybciej rozglądać się za czymś nowym puki moja umowa o pracę jeszcze obowiązuje. Cały Czerwiec 2017 spędziłem na delegacji w Warszawie jako pełniący obowiązki dyrektora IT całego oddziału na Polskę 🙂 Jak do tej pory ciężko mi było myśleć o ruszeniu się z Rzeszowa, to ta delegacja otworzyła mi oczy i pokazała że trawa za miedzą jest bardziej zielona.

Postanowiłem więc zaktualizować swoje CV i zacząć szukać nowej pracy. Warunki ku temu miałem całkiem niezłe, jako p.o. Dyrektora IT miałem swój własny gabinet w którym mogłem bez przeszkód odbywać rozmowy telefoniczne z rekruterami 🙂  Któregoś dnia trafiłem na ogłoszenie takie jak to: https://zfjobs.jobs.net/pl-PL/job/programista-c/J3V3HW5W2QB0P90T4N2 . Zobaczyłem napis „Miejsce pracy: Bielsko-Biała” i bez wahania wysłałem CV.

Bielsko-Biała nowe porządki

Po kilku dniach zadzwoniła jakaś dziewczyna z TAC (Talent Acquisition Centre) z Częstochowy. Potem zadzwoniła moja aktualna koleżanka z pracy z BB 🙂 Ostatecznie, 27 czerwca 2017 szykując się do startu z północnego startowiska na Żarze dostałem telefon z Bielska, że moja oferta pracy została przyjęta i zgodnie z ustaleniami mogę zacząć 1 sierpnia jeżeli z mojej strony nic się nie zmieniło.

To był ten dzień w którym wszystko zmieniło się o 180 stopni. O pracy i życiu w Bielsku myślałem już dawno temu, dokładanie gdzieś od 2011 roku, kiedy zacząłem latać na paralotni. Wtedy gówniarzerska fantazja i początkowe zauroczenie lataniem kazało mi podporządkować wszystko jednemu celowi, mieć jak najlepsze warunki do latania jak najbliżej siebie. Czas mijał  i proza weryfikowała coraz to kolejne założenia. Osobiste preferencję zmieniały się, a na sam koniec przy okazji intensywnej eksploracji Bieszczadów i Beskidu Niskiego coraz bardziej wiązałem się z Podkarpaciem i jak wspomniałem wcześniej coraz bardziej nie chciało mi się stąd ruszać.

Gdy więc przemogłem się do opuszczenia rodzinnych stron i zacząłem szukać  nowego miejsca pierwszym i podstawowym warunkiem były góry. Musiały być blisko, bo ja na nizinie nie dałbym rady 🙂 Kolejnym warunkiem była konkretna praca jako programista. Tu poszukiwania ograniczały się do Krakowa, Katowic czy Wrocławia. Sudety i Karkonosze uwielbiam, Jelenia Góra to ładne miasto ale niestety nie bardzo daje jakąkolwiek pracę w IT. Szczerze powiedziawszy bardziej nastawiałem się na Wrocław z racji na bliskość Sudetów i gdyby nie udało się w BB to pojechał bym właśnie tam. No ale na szczęście się udało.. 🙂

Miasto

Bielsko-Biała jest miastem nieco większym terytorialnie niż Rzeszów i o zbliżonej liczbie mieszkańców. Ciężko ustalić dokładne proporcję, gdyż duży procent mieszkańców grodu nad Wisłokiem to przyjezdni studenci, którzy po uzyskaniu mniej lub bardziej bezwartościowego dyplomu czym prędzej uciekają dalej w świat. W Bielsku jest o tyle łatwiej, że studentów i uczelni wyższych w zasadzie tu nie ma. No nie, przepraszam…. Jest coś co nazywa się Akademia Techniczno-Humanistyczna ale ta nazwa mówi raczej sama za siebie…. Pierwszą zaletą Bielska, którą odczułem jest płynność ruchu i łatwość przemieszczania się. Tak oczywiście, rdzenni mieszkańcy narzekają jakie tu nie są korki, nie chcę być jednak uszczypliwy ale za przeproszeniem g prawda. Serdecznie zapraszam na południową obwodnice Rzeszowa pomiędzy godziną 15 a 16 🙂 Rekord to 45 minut na pokonanie samochodem 8~9km, które dzieliły biuro z moim mieszkaniem. Szybciej udawało mi się zajść na piechotę… Bielsko ma obwodnicę z prawdziwego zdarzenia, droga ekspresowa z trzech stron miasta ze słynnym „zakrętem idiotów”. Dwie główne ulice idące przez miasto z południa na północ, plus aleja Andersa idąca w stronę Hulanki, Starego Bielska i dalej na ekspresówkę. Tu naprawdę rzadko kiedy trzeba stać więcej niż dwie zmiany świateł…

Koneserem architektury nie jestem ale Bielsko jest po prostu ładne. Bielsko ma bardzo długą historię i nazywane jest często „małym Berlinem” co nawiązuje to czasów kiedy mieszkała tutaj bardzo liczna mniejszość niemiecka (oczywiście przed II WŚ). Przy okazji trzeba wiedzieć, że do 1951 roku Bielsko i Biała były dwoma osobnymi miastami, dlatego starówki też mamy dwie. Jedną w Białej (na wschód od rzeki) a drugą w Bielsku (na zachód od rzeki). Sama starówka w Bielsku to faktycznie starówka. W Rzeszowie tzw. „stare miasto” ogranicza się w zasadzie wyłącznie do rynku i powiedzmy kawałka ulicy 3 maja. Zaraz obok stoją bloki z lat 60~70 tych i dwa wysokie wieżowce biurowe, galeria handlowa i siedziba IPN. Stojąc na samym rynku w Rzeszowie mam jakieś nieodparte wrażenie, że niby to stare miasto ale jednak nie do końca. Kilka lat temu postawili tam nowy hotel, który wprawdzie jest stylizowany w sposób mający wtapiać się w resztę zabudowy no ale to tylko stylizacja… Żadna, nawet najbardziej misterna tabeta tapeciary nie zmieni faktu, że jest tylko tapetą na tapeciarze – ot taka prosta analogia.

Bielsko nie ucierpiało w zasadzie prawie w ogóle podczas II WŚ i przemarszu frontu wschodniego. Wermacht wycofał się z tego rejonu w zasadzie bez wystrzału, dlatego Armia Czerwona po prostu weszła do Bielska bez prowadzenia walk, które zapewne obróciły by miasto w ruinę.

Największą jednak zaletą Bielska jest to, że jest to prawdziwe „Miasto w Górach” jak brzmi zresztą jego slogan reklamowy. Widać to chyba po wszystkich zdjęciach które się tutaj przewijają 🙂 Mieszkając w Bielsku żeby pójść w góry wystarczy wyjść na plac, pofatygować się 20 minut piechotą, względnie podjechać autobusem MZK i już się jest na szlaku w Beskidzie Małym bądź Śląskim. Skrzyczne i Szczyrk jest 10km w linii prostej o jakieś 20 minut jazdy samochodem, oczywiście o ile nie ma najazdu turystów / narciarzy z całej Polski. Szyndzielnia, Klimczok i Kozia Góra leżą administracyjnie w granicach miasta, tak samo jak Groniczki i Przełęcz Przegibek w Beskidzie Małym. Jeżeli kogoś kręcą sporty wodne to kilkanaście km na południe jest zbiornik w Tresnej (aka jezioro Żywieckie) a na północ Zbiornik Goczałkowicki. Dla speleologów jest kilka (kilkanaście?) jaskiń w Beskidach i speleoklub w BB przy ulicy PCK. Narciarzy zainteresuje nowo otwarty Szczyrk Mountain Resort, czy działający już od kilku lat (??) Beskid Sport Arena, fakt że drogo no ale jest i to blisko. Idzie zaoszczędzić paliwo na dojazdach.

Wszystko to ma jeden wspólny mianownik. Miasto w którym da się żyć i da się normalnie pracować za godziwą stawkę. Moje byłe już na szczęście miasto czyli Rzeszów szczyci się wprawdzie ogromnym rozwojem i rzekomą nowoczesnością. Posłużę się jednak zapewne dość drastyczną analogią: „Jak gówno przykryje się kwiatkiem to nie zmieni to faktu, że dalej będzie coś śmierdzieć”. Oczywiście prezydent Ferenc od niezliczonej ilości kadencji dba żeby bez ładu i składu deweloperzy budowali w Rzeszowie gdzie popadnie i co popadnie. Oczywiście dba żeby trawka była zielona i równo wystrzyżona a ulice nowe i szerokie, powstaje jednak pytanie: „Tylko co z tego”. Co z tego jak ludzie dalej pracują tu za śmieszne stawki, na umowach śmieciowych u polskich januszy biznesu, u których rzeczy typu ukrywanie wypadków przy pracy czy szantażowanie pracowników to norma. Do tej pory, niektórzy moi koledzy z czasów studenckich i szkolnych żyją na garnuszku rodziców, bo zwyczajnie nie stać ich na to żeby się usamodzielnić. Absolwenci studiów wyższych tyrają kolejny już rok za minimalną krajową albo stawki niewiele wyższe i to z okropną świadomością, że nie ma za bardzo szans na więcej. To co w Rzeszowie irytowało mnie najbardziej to nieustannie wyczuwane kompleksy: „Jesteśmy zadupiem i zaściankiem ale za wszelką cenę pokażmy tym Warszawiakom albo ukrytej opcji niemieckiej ze Śląska że my nie som gorsi!”. Przykładem najbardziej jaskrawym jest maniakalne dążenie prezydenta Ferencja to porzeżania granic miasta za wszelką cenę. Referenda odbywające się w ościennych gminach od ponad 10 lat, które od ponad 10 lat jednoznacznie pokazują zdecydowany sprzeciw mieszkańców okolicznych wsi. Ale po każdej porażce prezydent musi wszystko zaczynać od nowa, robiąc z siebie i z Rzeszowa pośmiewisko nie mówić już o wydawanych na te cele pieniądzach.

Bielsko-Biała a szerzej Śląsk: Górny, Opolski czy Dolny nie musi się uciekać do takich tanich kitów, bo jest marką samą dla siebie która nie potrzebuje się bronić…

Praca i pieniądze

Góry górami ale wiadomym jest, że nie da się nimi najeść. Głównym celem mojego przyjazdu do Bielska jest chęć robienia kariery i zarabianie pieniędzy. Podczas studiów silnie kierowałem się w stronę automatyki i systemów embedded. Relatywnie dużo programowałem w języku C i trochę w assemblerze na procki typu Intel 80C51 czy STM32 Cortex-M3. Jednocześnie byłem nastawiony na telekomunikację i teleinformatykę, routingi, OSPFy i inne tałatajstwa. Podstawowym jednak problemem był brak naprawdę dobrej znajomości technologii typu Cisco, Fortinet, Juniper itp. Rzeczy, których nie da się ogarnąć w domowym zaciszu, bo nie da się kupić sobie sprzętu za grubo ponad 10k PLN tylko do testów. Oczywiście do tego typu sprzętu miałem dostęp i robiłem takie rzeczy w pracy ale to chyba wciąż nieco za mało.

Przy okazji zacząłem coraz bardziej przekonywać się do coraz bardziej wysokopoziomowej technologii. Najpierw (jeszcze na studiach) przeprosiłem się do języka C++. Po wizycie w Motoroli na dniach otwartych dostałem zderzenie ze ścianą i zobaczyłem co tak naprawdę trzeba umieć aby móc myśleć o czymś konkretnym.

Potem przyszła kolej na technologię Java. U byłego pracodawcy bardzo dużo się pozmieniało, w zasadzie zostałem „przejęty” przez ówczesnego dyrektora  ds. rozwoju biznesu całego polskiego oddziału korporacji, który bardzo chciał stworzyć nowy produkt w postaci systemu do obsługi strefy płatnego parkowania. Czasu było bardzo mało a wymagania były spore. Niejako z przymusu musiałem (musieliśmy z kolegą)  nauczyć się Javy gdyż ona gwarantowała szybkie i bezbolesne posługiwanie się bazami danych i WebSerwisami. To wtedy zrozumiałem, że naprawdę duże pieniądze leżą właśnie w pracy jako programista.

Tu też nieco obejdę od konkretnie mojej pracy jako programista i postaram się bardziej ogólnie przybliżyć temat tej branży. Po pierwsze i najważniejsze należy zdementować często powtarzany slogan „Programista zarabia 10 000 pln do ręki”. GÓWNO PRAWDA! Wprawdzie nie do końca mógłbym tu podać konkretną kwotę którą zarabiam ale jest to suma zdecydowanie,  zdecydowanie mniejsza niż ta wskazywana na Wykopach i innych tego typu miejscach w Internecie. Oczywiście nie zarabiam mało, dostaję dużo więcej niż minimalna krajowa i więcej niż zarabiałem w Rzeszowie. Nie jest to jednak w dalszym ciągu kwota, którą można uznać za dużą i nie jest to tyle ile zarabiają polscy budowlańcy, spawacze itp za zachodnią granicą. Po prostu w Rzeszowie dostawałem aż tak mało, stąd taka różnica. Pod koniec mojej obecności w Rzeszowie widziałem ogłoszenia o pracę w Lidlu i Biedronce gdzie pojawiały się kwoty wyższe niż moje ówczesne pobory.

Czy moja praca jest lekka? Oczywiście, że NIE. Kolejnym pokutującym stereotypem o zawodach IT jest to, że w zasadzie te 10 000 dostaje się praktycznie za nic. Za „siedzenie i klikanie” albo oglądanie YT. Oczywiście tak nie jest. Praca jako programista, czy tez bardziej fachowo inżynier oprogramowania jest dość wymagającym zajęciem umysłowym. Każdy z nas musi cały czas poruszać się na dość wysokim poziomie abstrakcji. Oprogramowanie jest tworem wirtualnym, którego nie da się w żaden sposób namacalnie dotknąć i zbadać dokładnie jego działania. Oczywiście są odpowiednie narzędzia nazwane debuggerami, które umożliwiają uruchomienie tworzonej aplikacji w kontrolowanym środowisku. Umożliwiają w zasadzie dowolne podglądanie i zmianę zawartości pamięci, wartości zmiennych, pauzowanie działania programu w konkretnym miejscu itp. Nie dają one jednak zawsze pełnej kontroli nad wszystkim, natomiast debuggery sprzętowe do pracy z mikrokontrolerami działają czasami po prostu źle, bo nie da się w pełni kontrolować tego co dzieje się w zaawansowanych układach sprzętowych.

Nawet jeżeli już wymyśli się architekturę aplikacji, która będzie w najlepszy sposób realizowała wymagania, nawet jeżeli zaprojektuje się odpowiednie struktury danych i algorytmy, które będą na tych danych operować to wszystko należy przelać na język programowania. Przelać i zrobić to maksymalnie bez błędu! Podstawowym założeniem procesu testowania oprogramowania jest to, że nigdy nie da się powiedzieć że oprogramowanie jest wolne od błędów. Można jedynie stwierdzić, że osiągnięty został odpowiedni poziom zaufania do tego oprogramowania albo, że poziom ryzyka związanego z ujawnieniem się na produkcji nowych błędów zmalał poniżej dopuszczalnego.

Praca programisty to ciągła walka z używaną przez niego technologią i z wymaganiami, które stawia klient czy też inny docelowy użytkownik aplikacji. Wymagania, które mogą wydawać się klientowi proste i oczywiste mogą być piekłem programistycznym. Czymś trudnym do implementacji i późniejszych testów. Przy tworzeniu softu zawsze, ale to zawsze wkradają się jakieś błędy, również bardzo poważne które prowadzą do awarii oprogramowania. Pół biedy, jeżeli te błędy są powtarzalne i ich wystąpienie można łatwo odtworzyć w jasny i konkretny sposób. Jeżeli jednak program sypie się losowo i za bardzo nie wiadomo dlaczego tak robi, to zaczyna się robić gorąco.

Praca programisty to też ciągła walka z terminami. Pół biedy jeżeli jest to np. oprogramowanie do wykorzystania w przemyśle, czy też oprogramowanie przeznaczone do kontrolowania jakiegoś urządzenia (typu pralka). Tu o dziwo można jeszcze dogadać się z klientem i przesunąć termin. Wszak najważniejsze jest poprawne i niezawodne działanie linii produkcyjnej, czy rzeczonej pralki w której nie będzie się dało potem wgrać aktualizacji. Ale jeżeli ktoś pracuje przy produkcji gier, czy oprogramowania użytkowego albo jest np. programistą w technologiach internetowych, to tu jest ostra jazda bez trzymanki. Termin może być świętością, której nie da się przesunąć ani o minutę. Klienci oczekują pojawienia się jakiejś gry, programu czy jakiejś funkcjonalności na stronie internetowej i tyle. Lepiej nie myśleć o nie dochowaniu terminu, bo aż strach….

Praca programisty to ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji. Tu nie da się osiąść na lurach. Technologie i języki programowania zmieniają się na bieżąco. Z jednej strony to co było kiedyś powszechnie używane teraz odeszło już do lamusa, z drugiej strony nawet kolejne wersje tego samego standardu często wprowadzają modyfikację, które trzeba poznać. Kolejne wersję bibliotek różnią się od siebie i nawet szukając przykładów gotowego kodu w internecie można się naciąć, że niektórych rzeczy już po prostu nie ma.

Po latach doświadczenia w branży można dotrzeć do tych mitycznych „10k PLN miesięcznie do ręki”, są ludzie którzy zarabiają nawet 12 albo 13 tysięcy miesięcznie netto. Dużo wcześniej dociera się do momentu w którym w zasadzie pracę nie wybiera się tylko pod kątem zarobków ale pod kątem dodatkowych benefitów. Pierwszym z nich jest elastyczny czas pracy, czyli rozliczanie godzin pracy wyłącznie w skali miesiąca. Programista może mieć dużą dowolność o której przychodzi do pracy a o której z niej wychodzi. Programiści wybierają też pracę pod kątem projektu w którym będą pracowali. Część osób np chcę wejść od razu w jakiś nowy projekt, w którym będzie miała duży wpływ na to jak będzie on wyglądał, a przede wszystkim uniknie się utrzymywania potencjalnie niezbyt dobrej jakości kodu

Jak to się przekłada na mnie? Nie zaprzeczam i wielokrotnie mówiłem, że fakt że jestem w BB można nazwać „Złapaniem Pana Boga za nogi”. Udało mi się wyrwać z prowincjonalnego miasteczka w wielki świat, gdzie czeka na mnie potencjalnie świetlana przyszłość i duże pieniądze. Czy było łatwo? Nie. To nie jest tak, że ja po prostu pojechałem na rozmowę do Bielska i po prostu zostałem przyjęty. Najpierw oczywiście należało przezwyciężyć własne lenistwo i „jest chujowo ale stabilnie”. Jednak z technicznego punktu widzenia, dotarcie do etapu w którym mogłem uciec z Rzeszowa do BB trwało lata. Lata ślęczenia wieczorami i nocami nad kodem źródłowym własnych projektów. Wąchanie smrodu cyny i topnika, wyjazdy na różnego typu obiekty telekomunikacyjne na montaże i serwisy stacji pogodowych, retransmiterów itp itd.

Tak naprawdę to, że jestem gdzie jestem i pracuję gdzie pracuje to w pewnym sensie nie początek, ale tak naprawdę zwieńczenie pewnego długiego procesu i nagroda za moją ciężką pracę. A jak to jest jak się już do tego etapu dotrze? Szczerze powiedziawszy, to nic szczególnego. Kiedy widać, że w dużym stopniu osiągnęło się coś co planowało się od dłuższego czasu przychodzi tylko krótka refleksja.. „ok… hm… i co dalej?” Często już samo gonienie króliczka jest bardziej ciekawe niż jego złapanie.

Latanie (swobodne)

Jednym z istotnych powodów dla których wybrałem BB była chęć powrotu do latania swobodnego. Po prawie półtora rocznej przerwie spowodowanej przyczynami obiektywnymi i formalnymi coś we mnie tknęło. Zrozumiałem, że wyrok pod tytułem „paralotnia” jest dożywotni i nie da się tak po prostu przestać latać, zapomnieć o tym wszystkim i już nigdy nie wrócić – prędzej czy później znowu zaczyna ciągnąć w górę. Zamiast mówić „były paralotniarz” należało by raczej mówić „paralotniarz na stand-by”, który czeka na odpowiedni moment albo okoliczności życiowe.

Przemogłem się więc. Pomógł mi w tym zdecydowanie napęd do PPG i próba totalnej konwersji w stronę lotów z napędem (o tym później). Gdy jednak jechałem w okolice Bielska na szkolenie z przezorności wziąłem też sprzęt do swobodnego. W tamtym czasie (czerwiec 2017) miałem już dobrze ponad rok bez jakichkolwiek lotów, byłem raczej nakręcony na brzęczenie ze śmigłem za plecami i sam nie wiedziałem po co biorę tą uprząż i czy w ogóle będę chciał startować. Loty z napędem odbywały się albo rano albo wieczorem a w ciągu dnia nie miałem nic za bardzo do roboty. Z braku laku pojechałem więc z moim instruktorem na Żar, gdzie odbyłem pierwsze loty po dłuuugiej przerwie. Nie było to nic szczególnego, w zasadzie może 15, może 20 minut udało mi się wtedy utrzymać w powietrzu. Byłem nawet nieco zadowolony z tych lotów (no bo zlot to nie był) ale nie jakoś do przesady. Cały czas byłem raczej nastawiony na ten napęd i przewidywałem wtedy, że większość nalotu rocznego to będzie właśnie PPG.

Zdecydowana zmiana przyszła dopiero na Straniku, 30 września 2017. Wtedy na mojej starej Tequili, przeważonej o 10kg ponad maksymalną masę startową udało się polatać dobrze ponad godzinę i to w kominach do 4m/s! Rzecz raczej nietypowa o tej porze roku! To mnie nakręciło do bardziej zdecydowanego działania.

Przede wszystkim postanowiłem zmodernizować nieco sprzęt. Stara tequila za bardzo już się do latania nie nadawała, przede wszystkim ze względu na nieco nieoczekiwany wzrost mojej masy startowej. Była to też po prostu przestarzałą konstrukcją, która coraz bardziej odstawała od tego na czym obecnie się lata. Ostatecznie wylądował u mnie Service Pack 4 do niej, czyli tak naprawdę czwarta generacja tej linii glajtów w stanie lekko używanym. Oczywiście na fabrycznie nowe skrzydło nie mogłem sobie pozwolić, a aby zakupić używanego za sumę ponad 6k PLN musiałem się skredytować. Miałem wtedy kaca moralnego, że biorę w banku pożyczkę na coś takiego ale z drugiej strony historia kredytowa i tak będzie mi potrzebna to czemu by nie…

Nastał więc sezon lotniczy 2018 a ja byłem nakręcony  jak szczerbaty na suchary. Plany miałem ambitne, w końcu jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Nieskromnie zakładałem że w końcu uda się zrobić jakieś 30 godzin rocznie nalotu i w końcu zacząć regularnie próbować latać na przeloty ze Skrzycznego, głównie aby uniknąć konieczności lądowania na Kaimówce w Szczyrku. No i…… No iiii… Dupsztal 🙂

Na chwilę obecną, mój nalot roczny wynosi może skromne 10 godzin a może nie i jakoś nie wygląda aby ten stan miał się szybko zmienić 🙂  Zaczęło się może i całkiem nieźle, bo pierwsze wyjazdy na Stranik koło Żyliny zaliczyłem końcem marca (patrz poprzednie zdjęcie) ale intensywny stan nie trwał jakoś długo. Faktycznie przez cały kwiecień jeździliśmy w zasadzie co weekend (raz nawet sobota + niedziela) a i w tygodniu po robocie zdarzało się wyrwać na Żar albo Jaworowy. Nie wiem ile nalotu z tego zostało, bo obiecałem sobie nie używać nawigacji GPS (a dlaczego może kiedyś napiszę). Standardowo można przyjąć, że jeden wyjazd = jeden lot o długości gdzieś około 50 minut do godziny.

Ile dokładnie tych wyjazdów było i w które dni tego już nie pamiętam, bo jak wspomniałem nigdzie tego nie odnotowywałem (czasami mam jakieś zdjęcia). Można powiedzieć, że połowa to były weekendy a połowa w tygodniu po robocie, bo z pewnych względów urlopu na latanie nie chce brać. W pamięci mojej i komputera (zdjęcia) zapadł tylko 14 kwietnia na Javo głównie dzięki temu, że termika pomiędzy 12 a 14 była tak sroga, że niektórym zamykało skale na wariometrach. Po raporcie z powietrza, że noszenia do +10m/s albo +6m/s nie jeden lepszy ode mnie grzecznie się odszpeił i powrócił do parawaitingu 🙂 Ja odpaliłem się o 16:30 i polatałem z pół godziny

Ostatni epicki lot przez wielkie L to był 28 albo 29 kwietnia 2018 na Straniku. Pierwszy i jak do tej pory jedyny raz (a w zasadzie kilka razy przy jednym locie) zaliczyłem w tym roku podstawę. Wystartowałem gdzieś koło 14:30~15 ale warun był taki, że w zasadzie przez dobrze ponad 2 godziny nosiło absolutnie wszędzie i wszystko. Wylądowałem gdzieś po 2 godzinach z kwadransem i……. To by było na tyle na ponad półtora miesiąca.

Połowę maja nie było mnie w ogóle w Bielsku, bo dużo i często jeździłem do Karpacza. Kolejne loty po tym Straniku były dopiero 17 czerwca (jakieś skromne pół godziny na niezbyt przyjemnym turbożaglu), potem 19 czerwca godzina i 20 czerwca sam zlot… I… znowu przerwa tym razem głównie przez pogodę ale też kilka innych rzeczy o których przy innej okazji. Ostatnie jak dotąd loty to 22 lipca, czyli z miesięczną dziurą na całe dnie z deszczem od rana do wieczora.

Naturalnie tak duże przerwy w lataniu nie są dobre. Za każdym razem trzeba się trochę od nowa „rozlatywać”, za każdym razem trzeba przełamywać większe opory przy starcie i więcej wojować z głową. Jednak tak czy inaczej widać, że z taką frekwencją 30 godzin i przeloty można sobie spokojnie odłożyć na półkę z bajkami 🙂 Nie wiem ile jeszcze uda się polatać do końca sezonu ale patrząc na pogodę i inne czasochłonne zajęcia raczej na pewno nie 20 godzin 🙂

Z drugiej strony przy moich założeniach taki obrót sprawy nie jest jakoś specjalnie dziwny. Z racji na inne (również sportowe i również lotnicze) zajęcia zaraz po zimie wpisałem sobie w plan, że ani nie biorę urlopów na latanie, ani nie jeżdżę na wyjazdy do Włoch czy na Słowenię (co jedno z drugiego wynika). Pieniądze i urlop oszczędzają się na następną zimę… 

Aaa i jeszcze jedno. W planach był też SIV, czyli trening bezpieczeństwa połączony z podstawową akrobacją. Cały czas jestem nakręcony na spróbowanie wingoverów ale oczywiście bez instruktora-akrobaty to trochę strach 🙂 De facto to pewnie by mi to pomogło na kilka moich standardowych „ale” typu niechęć do latania w mocnym wietrze, niechęć do latania w bardzo mocnej i turbulentnej termice itp.. No ale nie da się wszystkich srok za ogon na raz złapać.

Latanie z napędem

Latanie na paralotni z napędem to taka specyficzna dziedzina. Z jednej strony jest często uznawana przez „wybitnych przelotowców” za gorszy gatunek lotnictwa (rzekomo z napędem to każdy głupi potrafi), z drugiej strony jest czasami średnio lubiana przez cywili z racji na hałas generowany przez sam napęd, a z trzeciej strony pasuje do Bielska jak kwiatek do kożucha.  Na dzień dobry gdy pewien mój dalszy kolega z latania dowiedział się, że przeprowadzam się do BB i zamierzam latać tu z napędem to w zasadzie zaczął mnie strofować. No bo jak to tak, w Beskidach, w najlepszym miejscu do latania swobodnego w PL i to z napędem…… Wstyd i żenada… Rzekomo…

Fakt faktem, że PPGantów w okolicach BB jest dość mało. Cześć moich obecnie nie lotniczych znajomych albo kiedyś latało, albo przynajmniej próbowało zlatywać gdzieś po kryjomu bez uprawnień, albo chętnie by spróbowało/zaczęło. Tyczy się to jednak zawsze lotów swobodnych a nie napędowych i nie ma się czemu dziwić, bo z racji na bliskość gór raczej każdy skłania się ku lataniu swobodnemu……..

….Które to latanie swobodne ma oczywiście swoje niezaprzeczalne zalety w stosunku do napędowania. Dostarcza dużo większych emocji, daje też niepowtarzalne wrażenia estetyczne. Jest to jednak zupełnie co innego.

Do latania napędowego przekonałem się w sumie przez przypadek i to dużo wcześniej niż w ogóle zacząłem myśleć o przeprowadzce i zmianie pracy. W sumie o wszystkim zadecydował przypadek. Kiedy z rożnych względów przestałem latać swobodnie, zacząłem teoretyzować że jak bym kiedyś miał możliwość to chętnie bym sobie polatał na PPG. Problemem były jednak pieniądze. Napęd PPG jest bardzo drogim urządzeniem, często droższym niż samo skrzydło. Oczywiście są używki ale to w dalszym ciągu kilka tysięcy złotych. Nagle gdzieś w 2016 roku zadzwonił kolega, że inny kolega ma okazyjnie do sprzedania za relatywnie niewielkie pieniądze napęd, który sam zrobił na silniku Motoroma, który to silnik idealnie by mi podpasował (do mojej masy startowej itp)

No i tak się stało. Oczywiście zanim zrobiłem kurs i zdałem egzamin minęło mnóstwo czasu ale to zaś temat na zupełnie inne miejsce. Fakt faktem, że na chwilę obecną mam w zasadzie wszystko co potrzeba do latania na PPG. Napęd, skrzydło, odpowiednio większy spadochron zapasowy no i uprawnienia, a nawet zapasowe śmigło.

I jak się lata? Oczywiście nie zdążyłem jeszcze zrobić dużego nalotu ale okolica jest po prostu wręcz idealna do kosiaczenia 🙂 PPG daje to czego absolutnie nie daje latanie swodne. Możliwość ciągłego lotu na wysokości kilkudziesięciu, kilkuset metrów w warunkach w których w zasadzie prawie w ogóle nie trzeba skupiać się na samym locie a w zamian można obserwować to co dzieje się dookoła, na ziemi, robić zdjęcia itp. Słowem taka PPGancka turystyka, która w przypadku lotów swobodnych nie jest możiwa bo generalnie lata się wysoko i bardzo wysoko, a termika czasami jest tak mocna i turbulentna że nie ma jak nawet sterówek puścić.